Kto pamięta ze swojego dzieciństwa Tamagotchi ręka w górę! Tym, którzy zupełnie nie wiedzą o czym mowa, śpieszę z wyjaśnieniem. Tamagotchi to japońska elektroniczna zabawka, dzięki której każde dziecko mogło zaspokoić pojawiającą się w pewnym momencie życia potrzebę posiadania własnego zwierzątka. Choć oczywiście kilka pikseli na miniaturowym wyświetlaczu nie mogło zastąpić więzi jaka utworzyłaby się między pupilem a jego właścicielem, przyznaję, że zabawa z tym wirtualnym stworzonkiem dawała naprawdę sporo frajdy. Pielęgnowało się je od narodzin: trzeba było je karmić o odpowiedniej porze, dbać o czystość, zapewniać rozrywki i towarzystwo. Mało tego! Można było łączyć się z innymi urządzeniami za pomocą podczerwieni i doczekać się potomstwa. Dla wciąż jeszcze dość dziecinnych czwartoklasistów, a raczej czwartoklasistek (nie oszukujmy się – chłopcy byli wtedy bardziej zajęci zbieraniem kart Duel Masters i kapsli z Cheetosów) to było naprawdę coś.

 

 

 

Niestety moi rodzice nie rozumieli, dlaczego za dziwnie wyglądający kawałek plastiku mieliby płacić osiemdziesiąt złotych i nie chcieli przyjąć za argument tego, że ,,wszystkie dziewczyny w szkole to mają”. Patrząc z perspektywy czasu wcale im się nie dziwię, ale wtedy naturalnie ich opór był dużo trudniejszy do przełknięcia. Żeby nie było niejasności – nie byłam typem roszczeniowego dziecka, które buntowało się, ilekroć coś mu się nie podobało. Po prostu bardzo marzyłam o tej zabawce, żeby móc dołączyć do koleżanek, które spędzały z nią całe przerwy. Któregoś popołudnia podjęłam ostateczną próbę przekonania mamy, że to będzie świetny zakup, lecz kolejny raz moje wysiłki spełzły na niczym. Nie zdążyłam nawet przedstawić jej wszystkich zalet tego cudu techniki, bo przyjechał dziadek, który dwa razy w tygodniu woził mnie na dodatkowy angielski. Zrezygnowana wsiadłam do samochodu i wyżaliłam się, jakie życie dziewięciolatki potrafi być niesprawiedliwe i trudne, jeśli nie można być na bieżąco z najnowszą technologią. Dziadek, z natury szorstki, niewiele był w stanie powiedzieć, żeby mnie pocieszyć, ale słuchał cierpliwie całą drogę. Nie uwierzycie, co wyjął zza pazuchy, kiedy półtorej godziny później odbierał mnie z zajęć. Skakałam z radości. To było dla mnie niepojęte. W życiu nikt nie sprawił mi większej niespodzianki. Moje Tamagotchi było absolutnie wyjątkowe – różowe i przezroczyste, więc widać było cały mechanizm. Do kompletu baterie i smycz. Byłam w niebie.

 

Prośba dziadka

Teraz, mając dwadzieścia lat, trzeci rok studiuję w Warszawie. Tak się składa, że obecnie mieszkam na Pradze – w dzielnicy, w której wychował się mój dziadek. Przez dwa lata prosił mnie, żebym przejechała się w kierunku Grochowa i zrobiła kilka zdjęć kamienicy, w której mieszkał. Ja jednak nigdy nie miałam na to czasu. A to za dużo nauki, bo kolokwium z anatomii, zajęcia do późna, fakultet, wyjazd i mnóstwo innych aktywności. Po prostu nigdy nie było mi po drodze. Poza tym z moją ograniczoną zdolnością do orientacji w terenie nie za bardzo widziałam siebie snującą się z aparatem pod cudzymi balkonami. Z czasem zwyczajnie zapomniałam o całej sprawie. Aż któregoś październikowego dnia odebrałam telefon i usłyszałam głos  dziadka: ,,Bierz długopis i pisz. Róg Grochowskiej i Terespolskiej, Grochowska 287, wysiądziesz na przystanku tuż przy tej kamienicy, przejdziesz przez ulicę i zobaczysz podwórko…”. Dokładnie opisał mi wszystko, co powinnam tam zobaczyć – bramę, garaże, murek, stare drzewo, dziury po kulach i obłupane kafelki. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, jakie to musi być dla niego ważne. Nigdy wcześniej o nic mnie nie prosił, więc zrobiło mi się wstyd, że przez cały ten okres nie zdobyłam się na taki drobny gest, a w tyle głowy pojawiło się wspomnienie różowej zabawki.

 

Wiedziałam, że jestem w ważnym dla mojej rodziny miejscu i żałowałam, że nie mogłam spojrzeć na nie oczami dziadka.

 

Postanowiłam nie zwlekać. Miałam szczęście trafić na ostatni ciepły poranek tej jesieni. Uzbrojona w prowizoryczną mapkę, wyruszyłam w nieznane. Nieznane okazało się być zaledwie kilka przystanków tramwajowych od Dworca Wileńskiego, przez co poczułam jeszcze większe wyrzuty sumienia. Jednak gdy wysiadłam i obeszłam cały teren, nic nie zgadzało się z opowieścią dziadka. Spóźniłam się. Kamienica na Grochowskiej była… zielona. Innymi słowy – zwyczajnie odnowiona, więc nie został nawet ślad po kulach i pociskach. Drzewo musiało zostać wycięte, ostały się jedynie stare garaże. Skrupulatnie obfotografowałam każdy zakątek podwórka, ulicę i sąsiedztwo z nadzieją, że mimo wszystko coś z tego zachowało się z czasów wojny. Wiedziałam, że jestem w ważnym dla mojej rodziny miejscu i żałowałam, że nie mogłam spojrzeć na nie oczami dziadka. Mogłam dotknąć ściany, o którą się opierał, czekając na kolegów z klatki obok i przespacerować się ulicą, którą z moją prababcią chodzili po zakupy, ale to nie było to samo.

 

Wtedy dotarło do mnie, że z każdą z kamienic wzdłuż Grochowskiej mogą się wiązać takie wspomnienia i że wszystkie są dla kogoś ważne. Ten ktoś, patrząc na nie, wraca myślami do dawnych lat. Warto czasem spróbować zdrapać świeżą elewację i odkrywać takie historie. Teraz wiem, że warto pokusić się o ich utrwalanie. Bo kiedyś każdy będzie miał taką swoją kamienicę, tak jak wszyscy mieliśmy swoje Tamagotchi.

 

 

 

Klara Kowalczyk