W zeszłą sobotę przeszedł ulicami Warszawy kolejny Marsz Niepodległości, mobilizując około 60 tys. uczestników. Kolejny raz wybrzmiał głos zmobilizowanych środowisk narodowych oraz głos ich zaciętych przeciwników, do którego doszły opisy w międzynarodowej prasie. Daily Mail pisał o demonstrowaniu „supremacji białej rasy”, BBC o rasistowskich okrzykach, zaś jeden z byłych współpracowników Hilary Clinton wspomniał o sześćdziesięciu tysiącach nazistów, którzy przeszli ulicami stolicy. I tak, kolejny raz, Marsz wzbudza olbrzymie kontrowersje wśród niemalże wszystkich Polaków, z czego jedni próbują za wszelką cenę go bronić, inni zaś zwalczać jego uczestników uznając ich zbiorowo za faszystów. Kreuje się tym samym nieprzyjemny wizerunek Polski i Polaków jako narodu faszystów, nazistów, rasistów, antysemitów, i Bóg wie czego jeszcze. I co – radosne to nasze święto, prawda? Przyjemnie jest się co roku w Dzień Niepodległości pokłócić?

 

 

Za fenomen Marszu Niepodległości według mnie odpowiadają w Polsce wszyscy – od lewicy, do prawicy, od tych, którzy uczestniczą, do tych, co się od niego odżegnują. Jako zjawisko budzi on niepokój – zarówno poprzez swój przebieg, jak i jego odbiór. Po obu stronach barykady (to słowo chyba nie jest tutaj nadużyciem) dominują postawy zaogniające konflikt. Marsz jest bowiem efektem zapętlania się jednych i drugich we wzajemnej niechęci, co daje fenomen negatywny w skutkach dla wspólnoty Polaków, dla debaty politycznej, historycznej, światopoglądowej, jak też dla pojęć patriotyzmu i niepodległości, a wreszcie również dla wizerunku Polski poza jej granicami. I według mnie, jest to dowód tego, żeśmy wszyscy zwariowali.

 

Jak przeciwnicy Marszu go wykreowali

Przypomnijmy. Marsz Niepodległości, organizowany od lat, zyskał na skali po 2010 r. i stanowi dziś największy tego typu, rokroczny przemarsz. Do 2009 r. była to manifestacja niszowa, skupiająca jedynie organizacje nacjonalistyczne. W 2010 r. ostre wezwania do bojkotu oraz akcja nawołująca do wygwizdania marszu spowodowała, że przyciągnął on znacznie więcej ludzi niż w latach poprzednich – najpierw ok. dziesięć tysięcy, rok później zaś już dwadzieścia tysięcy i tak dalej. Do samego szumu wokół fenomenu marszu, o którym nie było wcześniej aż tak głośno, przyczyniła się Gazeta Wyborcza: „są tacy, którzy mają obowiązek gwizdać z nami (…) zapraszamy więc wszystkie kolory czerwieni”, pisał Seweryn Blumsztajn piątego listopada 2010 r., kładąc tym samym podwaliny pod dzisiejszą liczebność marszu [artykuł „Wygwiżdżmy ich z miasta” na stronie GW, stan na 13.11 br.].

 

Stowarzyszenie Marsz Niepodległości, czyli oficjalny organizator, wyrosło bowiem ze środowisk ONR-u i Młodzieży Wszechpolskiej.

 

Później atak niemieckich anarchistycznych bojówek, o których zaproszenie podejrzewano środowisko Krytyki Politycznej (po akcji bojówkarze skryli się w prowadzonej przez nią kawiarni), doprowadził do zaognienia konfliktu, powodując niesmak części prawicowych środowisk. Z tego samego środowiska wyrosło „Porozumienie 11 listopada”, mające na celu blokowanie marszu i bratające się ze skrajną lewicą. W kolejnych latach Marsz już zdecydowanie zyskał na znaczeniu, jego liczebność drastycznie wzrosła. Cynicznie rozgrywał go również rząd PO, przyzwalając na (lub powodując) policyjne prowokacje, które nie tylko zaogniały sytuację na ulicy, ale powodowały co raz to częstsze utożsamienie Marszu z manifestacją opozycyjną wobec owego rządu, tym samym tylko nadając wydarzeniu jeszcze większą siłę. Dzisiaj Marsz, choć jest organizowany nadal przez środowiska skrajne i nacjonalistyczne, zrzesza ludzi szerzej pojętej prawicy, wykraczającej poza koło narodowców. Należy sobie zdać sprawę z tego, że przynajmniej po części za tę sytuację odpowiadają dzisiejsi ostrzy przeciwnicy marszu – doprowadzili bowiem do tego, że nacjonalistyczna symbolika i retoryka wkroczyły na salony polskiej polityki, zaś niejeden Polak i niejedna Polka zaczęła chodzić na marsz w sprzeciwie przeciw prowokacjom, bardziej niż z przekonania do głoszonych na nim haseł. Przynajmniej część z tych, którzy dziś rozpaczają (słusznie) nad flagami „white power” na ulicach Warszawy, może sobie pluć w brodę.

 

Wrogowie wolności

Nie zmienia to faktu, że Marsz Niepodległości wyrósł ze środowisk skrajnych, nacjonalistycznych a wręcz faszystowskich; że jego organizatorami są wrogowie wolności. Stowarzyszenie Marsz Niepodległości, czyli oficjalny organizator, wyrosło bowiem ze środowisk ONR-u i Młodzieży Wszechpolskiej. A środowiska owe zdominowały dziś najważniejsze państwowe święto, nadając patriotyzmowi wydźwięk nacjonalistyczny.

 

Jan Józef Lipski, w cytowanym dziś często eseju „Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy”, pisał:

 

Rzecz nie w stwierdzeniach opisowych, a w wartościach i ocenach: czy uważamy się za lepszych – czy tylko za innych, czy sądzimy, że w tej inności jest jakaś szczególna wartość (i jaka?), czy uważamy, że przysługują nam z jakiegoś tytułu szczególne prawa i przywileje, a może obowiązki. Zależnie od odpowiedzi na te pytania wyznajemy różne patriotyzmy. W skrajnych wypadkach należymy właściwie do różnych ojczyzn – jeśli ojczyzna to przede wszystkim dobra duchowe i wartości, a nie tylko fakt takiej, a nie innej przynależności etnicznej.

 

SONY DSC

ONR i Młodzież Wszechpolska wyznają ten drugi patriotyzm, który potocznie nazywamy nacjonalizmem. Nie jest to miłość do ojczyzny pozytywna, oparta na znajomości własnej kultury i chęci jej krzewienia, odpowiadająca przyjętej definicji patriotyzmu. Jest to miłość negatywna, oparta na niechęci do obcych, a przede wszystkim do tych obcych, którzy potencjalnie mogliby się w naszej ojczyźnie znaleźć (imigrantów wszelkiej maści, współpracowników zepsutego Zachodu), bo obcych-nie-u-nas nasi narodowcy szanują, póki ci wyznają te same idee państwa etnicznie jednolitego (ale o przyjaciołach Marszu potem). ONR choćby nazwą odwołuje się do swego przedwojennego przodka, faszystowskiej organizacji z symbolem falangi na flagach, zaś jego członkowie byli przyłapywani na salucie rzymskim. Buduje też swoją tożsamość na historii narodowych odłamów wojennego

 

ONR i Młodzież Wszechpolska wyznają ten drugi patriotyzm, który potocznie nazywamy nacjonalizmem.

 

podziemia, na siłach NSZ-u, które bywają ostatnio stawiane na równi z AK, pomimo że Rząd Polski jeszcze za okupacji się od nich dystansował („Rząd Rzeczypospolitej Polskiej potępia występną działalność pewnych kół byłego ONR i podległego ich wpływom skrajnego odłamu tak zwanych Narodowych Sił Zbrojnych, zmierzającą do rozbicia Armii Krajowej i nie cofającą się przed mordami bratobójczymi” – depeszę Jana Kwapińskiego z lipca 1944r cytuje portal Jagielloński24.pl)[i]. Młodzież Wszechpolska potwierdziła zaś ostatnio swój de facto rasizm słowami swojego rzecznika, który stwierdził, że Murzyn nie może być Polakiem. Deklarował on ponoć różny od rasizmu „separatyzm rasowy”, ciężko mi jednakże ową różnicę zauważyć, bo na czym rasizm polega, jeśli nie na chęci separowania ras (pewnie biedakowi chodziło o to, że nie uważa jednej rasy za wyższą od drugiej, ważne tylko, by były osobno; cóż – intelekt godny rzecznika Młodzieży Wszechpolskiej). Co prawda teraz rzecznika się wywala, lecz słowo się rzekło i ukazało, jaki sposób myślenia funkcjonuje w owym środowisku. Nie będę dodatkowo przypominał haseł z czystej krwi banerów, pod tytułem „Europa tylko biała” lub „biała Europa braterskich narodów”. Organizatorzy marszu i część jego uczestników to ludzie skrajni, a głoszone przez nich hasła – godne potępienia. Jest rzeczą zatem niebezpieczną, że dominują w najważniejsze polskie święto.

 

Zwykli przyjaciele nacjonalistów

Ale jest też ta druga część uczestników i to z myślą o niej, przede wszystkim, piszę ten artykuł. Część ludzi „zwykłych”, o poglądach konserwatywnych, patriotycznych, ale nie nacjonalistycznych, a na pewno nie rasistowskich lub antysemickich. I jest to prawdopodobnie część przeważająca – tych, którzy na Marsz zaczęli chodzić po 2011 r., często czując w sobie rodzaj buntu przeciw władzy i części mediów, bardziej niż poparcie dla ONR-u. Są to ci, którzy idą pod symbolem biało-czerwonej flagi, a nie falangi, i nie zakrywają twarzy. I tu powiem otwarcie: sam do tej części należałem, bowiem wybrałem się na Marsz dwukrotnie, przede wszystkim z ciekawości i z chęci wyrobienia sobie własnej opinii, czując właśnie, że nie mogę ufać mediom (co się nota bene potwierdziło, bowiem opowieść jaką śledziłem na portalach w telefonie nie miała nic wspólnego z tym, co widziałem na żywo). Widziałem: rodziny z dziećmi, osoby starsze (kto wie, czy nie mające zasług z czasów wojny i komuny), ludzi pokojowo nastawionych, w większości nieskorych do żadnej bijatyki. Widziałem „zwykłych ludzi”, których przykład najczęściej przywołuje się w obronie Marszu jako całości.

 

SONY DSC

 

 

Widziałem jednak i to, co przed chwilą opisałem: symbole falangi i „white power”, facetów z zakrytymi twarzami szukających bójki, ludzi wykrzykujących hasła o wątpliwym chrześcijaństwie („śmierć wrogom ojczyzny!”). I dlatego już więcej na marsz nie pójdę: żeby obecnością nie firmować tego, co prezentują sobą ci ludzie. Dlatego, że pod ani jednym z haseł ONR-u i MW się nie podpiszę, a faceci w kominiarkach otaczający tłum z każdej strony, budzą we mnie obrzydzenie. Dlatego że mój patriotyzm to ten pierwszy, chcący ojczyznę budować bez zakochania w sobie i megalomanii narodowej, bez ksenofobicznych haseł i wściekłej radości.

 

Nie, na Marszu Niepodległości nie było w tym roku sześćdziesięciu tysięcy nazistów i takie stwierdzenie jest haniebnym nadużyciem. Ale wiadomo, że (nawet ze złej woli) taki obraz Marszu może zostać łatwo w mediach wykreowany dzięki kilku (choć myślę, że chodzi jednak o kilka tysięcy) osobom prezentującym postawy skrajne (nie nazistowskie, ale nacjonalistyczne). I tym samym jego liczebność jest niezmiernie ważna, bowiem kreuje wizerunek Polski. Dlatego też wzywam uczestników Marszu do zastanowienia się. Który z patriotyzmów kultywujecie w sobie i chcecie reprezentować? Czy ONR i Młodzież Wszechpolska

 

Nie, na Marszu Niepodległości nie było w tym roku sześćdziesięciu tysięcy nazistów i takie stwierdzenie jest haniebnym nadużyciem.

 

są dla Was organizacjami skrajnymi, czy też do zaakceptowania? Czy zgadzacie się na maszerowanie ramię w ramię z ludźmi głoszącymi nacjonalistyczne i ksenofobiczne hasła? Jeżeli się nie zgadzacie, jeżeli ONR jest dla Was jednak nieakceptowalny, to nie idźcie na Marsz Niepodległości nigdy więcej, pomimo wszelkich możliwych pobocznych motywacji. Stwórzcie marsz alternatywny lub pójdźcie z prezydentem RP, wszak Święto Niepodległości to uroczystość poświęcona nie tylko wolności narodu, ale i odrodzeniu państwa, więc może powinno się ją świętować właśnie z polskimi władzami. Nie podpisujcie się obecnością pod głoszonymi na Marszu hasłami nienawiści, choćby nawet były zjawiskiem mniejszościowym. Nie bądźcie zwykłymi przyjaciółmi narodowców.

 

Koło się zamyka

Słowo faszysta jest tu kluczowe, bowiem nadużywa się go często jako zwykłej obelgi wobec prawicowych przeciwników politycznych, a w niektórych przypadkach jest to, na skalę publicznej debaty, anatema. I tu, w przypadku Marszu, niektórzy chcieliby nazwać wszystkich jego uczestników faszystami, co nie dość, że ich obraża i zakłamuje rzeczywistość, to jeszcze odbiera słowu jego moc. Bowiem owi nie-faszyści w ten sposób nazwani przestaną zauważać faszyzm tam, gdzie się pojawia. A na marszu pojawia się, owszem, chociażby w postaci zagranicznych gości. I tak: Milan Mazurek ze Słowacji nazywał Holocaust „bajeczką”, zaś jego ludzie patrolują komunikację miejską w niektórych słowackich miasteczkach po to, by uczyć Romów porządku. Roberto Fiore z Włoch otwarcie nazywa się faszystą (ma do kogo się odwoływać) i stoi na czele skrajnej partii Fuorza Nuova. Manuel Canduela, lider hiszpańskiej Democracia Nacional, śpiewał w neonazistowskim zespole i otwarcie odwoływał się do falangi lub Franco. Tacy ludzie pojawili się oficjalnie na Marszu, ale na to niektórzy przymkną oko, wszakże słowo faszysta straciło swój sens.

 

Jawi nam się również druga strona medalu – uzurpacja słów, takich jak Bóg i Ojczyzna powoduje, że część ludzi się od tych pojęć odwraca. Widzę znajomych piszących na Facebooku, że nie są dumni z Polski – wrzucają informację w obieg razem z linkiem do artykułu o Marszu Niepodległości. Niejeden Polak odrzuca słowo patriotyzm dlatego, że nabrało ono w sferze publicznej zbyt skrajnego zabarwienia. W artykule „Do przyjaciół patriotów” dla Tygodnika Powszechnego Marcin Napiórkowski pisze o słowie „patriotyzm”:

 

Już dziś wiele osób, które znam i szanuję, niechętnie używa tego słowa. Boją się, że określając się jako patrioci, niechcący podpiszą się pod tym, co robicie. To kolejny wstyd, który przełykam z goryczą. Odebraliście słowo „patriotyzm” mnie i takim jak ja. Tym, którzy kochają Polskę poznawać i dzielić się swoją fascynacją, tym, którzy chcą ją rozwijać i na jej rzecz pracować. [„Tygodnik Powszechny”, strona internetowa, stan na 13.11][ii]

 

Trudno nie przyznać mu w tej mierze racji. Autor jako przykład patriotyzmu podaje zajęcia, na których uczy zagranicznych studentów polskiej kultury. Mówi, jak trudno przychodzi mu tłumaczyć się z wydarzeń takich, jak Marsz. Wykorzystanie polityczne słów Bóg i Ojczyzna je deprecjonuje. Tegoroczny Marsz, wyruszył pod hasłem „My chcemy Boga” – lecz jakiego Boga? Boga katolickiego, lecz rozumianego płasko, jako antonim Allaha. I na cóż się zdadzą modlitwy Jana Pawła II wspólnie z młodymi muzułmanami w Maroku, gdzie modlili się wszyscy do jednego Boga?

 

 

„Zmowa wrzasku i milczenia”

Zmową wrzasku i milczenia nazwała parę lat temu na łamach „Plusa i Minusa” problem antysemityzmu w Polsce Agnieszka Kołakowska. W skrócie – tam, gdzie antysemityzmu nie ma, strona lewa wrzeszczy, że jest, by dyskredytować prawą, zaś tam, gdzie jest on rzeczywiście, strona prawa milczy, ze strachu przed oskarżeniami uogólniającymi. Według mnie stosunek do nacjonalizmu można i w ten sposób określić.

 

Na samym początku opisywałem to, jak swoim „wrzaskiem” przeciwnicy narodowców ich wylansowali. Teraz zaś czas na milczenie: prawica, w postaci rządu PiS, zamiata problem pod stół. Dzisiaj w Polsce linia politycznego podziału idzie przez środek między prawicą i lewicą, tudzież obozem rządu i obozem opozycji „totalnej”. Między obiema stronami nie ma prawdziwej dyskusji. Powinno być inaczej: szeroko pojęte spectrum partii od lewej do prawej powinno ze sobą debatować, zaś wyodrębnieni linią podziału, jako ci, z którymi nie da się prowadzić dyskusji, powinni być ci skrajni – zarówno z lewicy, jak i z prawicy. Tak nie jest, i dlatego PiS prędzej flirtował będzie z nacjonalistami, niż z rozmawiał z Platformą.

 

Z tej przyczyny Mariusz Błaszczak śmiał stwierdzić, odnosząc się do rasistowskich banerów z Marszu, iż nie należy ulegać „skojarzeniom jednoznacznym”, ani „wszystkiego przyrównywać do tezy i podporządkowywać temu zdarzeń i zjawisk”. No tak, może hasło „wszyscy różni, wszyscy biali” nie jest jednoznaczne – może chodzi o kampanię na rzecz wspólnego picia mleka, lub jedzenia białej czekolady. Aż mi trudno wymyśleć sensowny przykład tego, czym mogłoby być to hasło, nie będąc przejawem rasizmu. Minister ma widocznie problem z niektórymi pojęciami. Należy gwoli sprawiedliwości dodać, że minister Gliński w sposób dużo jaśniejszy skrytykował etniczną definicję narodu, przeciwstawiając jej definicję kulturową.

 

 

O trzy kroki wstecz

Gdzie zatem, u diabła, jest w tym wszystkim rozum? Nie wiem. Sytuacja kompletnie zwariowana. Wydaje mi się, że rozumne byłoby pójście o trzy kroki wstecz. Niech ci, którzy nie znoszą Marszu Niepodległości nie rezygnują z pojęć takich jak „patriota”; niech nie piętnują wszystkich uczestników en masse jako faszystów, niech nie promują wizerunku Polski jako siedliska nacjonalizmu. Niech ci, którzy idą na Marsz z pobudek patriotycznych zdadzą sobie sprawę z symbolicznego ładunku, jaki firmują swoją obecnością, ze skrajnych postaw, jakie reprezentują jego organizatorzy oraz zapraszani oficjalni goście. I niech nie idą na ten Marsz, niech nie pomagają budowaniu negatywnego wizerunku Polski. Wreszcie, niech partie polityczne powrócą do normalnego sporu i przestaną flirtować z tą lub inną skrajnością.

 

A kto chce uczcić niepodległość, niech idzie na obchody państwowe z Prezydentem, choćby nawet samego Prezydenta nie popierał. Bo dzięki niepodległości możemy cieszyć się właśnie państwem.

 

Tymek Skowroński

 

Zdjęcie nr. 1: https://www.google.co.uk/search?as_st=y&tbm=isch&hl=pl&as_q=marsz+niepodleg%C5%82o%C5%9Bci&as_epq=&as_oq=&as_eq=&cr=&as_sitesearch=&safe=images&tbs=sur:fmc#imgrc=n49HHXgsDV2s4M:

 

Zdjęcie nr. 2: https://www.google.co.uk/search?as_st=y&tbm=isch&hl=pl&as_q=marsz+niepodleg%C5%82o%C5%9Bci&as_epq=&as_oq=&as_eq=&cr=&as_sitesearch=&safe=images&tbs=sur:fmc#imgrc=KKEub2ocvVfQhM:

 

Zdjęcie nr. 3: https://www.google.co.uk/search?as_st=y&tbm=isch&hl=pl&as_q=marsz+niepodleg%C5%82o%C5%9Bci&as_epq=&as_oq=&as_eq=&cr=&as_sitesearch=&safe=images&tbs=sur:fmc#imgrc=ANQTDySI5gTQVM:

 

Zdjęcie nr. 4: https://www.google.co.uk/search?as_st=y&tbm=isch&hl=pl&as_q=marsz+niepodleg%C5%82o%C5%9Bci&as_epq=&as_oq=&as_eq=&cr=&as_sitesearch=&safe=images&tbs=sur:fmc#imgrc=8aZVI10IaFmQ1M:

 

[i] http://jagiellonski24.pl/2017/09/25/na-jakiej-tradycji-chcemy-budowac-dzisiejsza-polske/ Cytat z depeszy Jana Kwapińskiego z lipca 1944r. w artykule „Na jakiej tradycji chcemy budować dzisiejszą Polskę?”, stan na 13.11

[ii] https://www.tygodnikpowszechny.pl/do-przyjaciol-patriotow-150760