Przyznam, że cieszy mnie kolejna okazja do debaty na temat ostatniego filmu Agnieszki Holland, jaką są Złote Lwy za reżyserię podczas 42 FPFF. Film, który miał swoją premierę w lutym bieżącego roku, oczywiście wzbudzał kontrowersje (co ich nie wzbudza w środowisku polskich filmowców?), ale nie dotarł do szerszej publiczności, właściwie nie został wcale przełknięty przez opinię publiczną, a jedynie przeżuty i wypluty z niesmakiem. Przez festiwal w Berlinie przemknął niezauważony, co jest wyczynem dla dzieła zdobywającego drugą nagrodę konkursu, jak przystało na „niezły film wybitnej reżyserki”, by w Polsce stać się mało znaczącym głosem… no właśnie, jakim? O czym ten film właściwie opowiada? Dlaczego brakuje mu zwolenników? Zastanówmy się wreszcie o co w tym wszystkim chodzi.

 

 

Historia zaczyna się w 2009 roku, gdy zostaje wydana powieść Olgi Tokarczuk o pretensjonalnym tytule „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. Książka wzbudza kontrowersje (co ich nie wzbudza w środowisku polskich literatów?), nie dociera do szerszej publiczności, jest nominowana do nagrody Nike jako „niezła powieść wybitnej autorki”…

 

Film wodzi nas za nos, jakby nie mógł się zdecydować czy jest prowokacyjny, czy po prostu naiwny, jednocześnie fundując nam dwie godziny ogromnego napięcia, urzekając wspaniale napisanymi postaciami i istnie zachwycając wizualnie.

 

„Pokot”, będący wiernym odwzorowaniem powieści, to historia podstarzałej kobiety, ekscentryczki, miłośniczki horoskopów, przyrody i dobrej energii kosmosu. Ma ona własną teorię na temat morderstw dokonywanych na mieszkańcach małej wsi w Kotlinie Kłodzkiej, gdzie sama mieszka. Odkrywa, że wszystkie ofiary to mężczyźni, których oprócz podłych fizjonomii i charakterów łączy wspólna pasja – myślistwo. Janina Duszejko znajduje dowody, które wskazują, że mordercami są… zdesperowane zwierzęta, które mszczą się na ludziach. Lokalna społeczność składa się ze złych i dobrych ludzi – jak w prawdziwym westernie, ci źli uważają Duszejko za nieszkodliwą wariatkę, ci dobrzy są szaleni tak jak ona i wzbudzają na ekranie niepochamowaną sympatię. Bohaterka, postać bardzo wyrazista, ma radykalne przekonania i nie uznaje kompromisów – zwierzęta to też ludzie. Nie można ich zabijać, jeść, robić z nich butów, wypychać trocinami. To okrutne i nieludzkie. Mało tego, nie boi się wstać w kościele podczas mszy i powiedzieć tego głośno (ksiądz jest myśliwym), nie interesuje ją co powiedzą sąsiedzi, nie dba o konwenanse, jest dla mieszkańców niewygodna, ale przede wszystkim irytująca, bo uważa, że może cokolwiek zmienić. Taką ma opinię wśród wrogów. A jaką Duszejko poznaje widz? Infantylną – optymistyczną, emocjonalną, myślącą na wprost, ale logicznie i w nieoczywistym kierunku, na swój sposób sympatyczną. Niestety, zaraz po przedstawieniu pani Janiny, film rozpoczyna swoją beznadziejną walkę o prawa zwierząt, tracąc uniwersalność, a stając się pewnym apelem… ale o co? Pomijając to bolesne spłaszczenie, obraz stawia sprawę jasno: mówimy o prawach zwierząt, jesteś z nami, albo przeciwko nam. Poznajemy „złe” postacie, na przykład księdza, który uważa, że zwierzęta nie mają duszy, czy właściciela lisiej fermy – sadystę. Zaczynamy wiercić się w fotelu, bo coś uwiera, Duszejko to przecież ta dobra, a nas jakoś irytuje.. Uświadamiamy sobie, że to my sami jesteśmy źli, a przecież nie mamy fermy lisów, nie bijemy żony…

 

Wielkiej odwagi twórczej wymaga stworzenie dzieła, które jest lustrem naszego okrucieństwa, jednocześnie wyolbrzymiając to okrucieństwo do karykaturalnych rozmiarów.

 

Wielkiej odwagi twórczej wymaga stworzenie dzieła, które jest lustrem naszego okrucieństwa, jednocześnie wyolbrzymiając to okrucieństwo do karykaturalnych rozmiarów. Film wodzi nas za nos, jakby nie mógł się zdecydować czy jest prowokacyjny, czy po prostu naiwny, jednocześnie fundując nam dwie godziny ogromnego napięcia, urzekając wspaniale napisanymi postaciami i istnie zachwycając wizualnie. Właściwie, gdyby fabuła była mniej jaskrawa, wszyscy recenzenci nie rozpisywaliby się o absurdalnej narracji, a o warstwie realizacyjnej, tak jak to bywa z filmami Wesa Andersona. Podobnie jak one, „Pokot” posiada własną stylistykę i charakter, buduje świat piękny i zagadkowy, stawiając przyrodę nie jako tło, a kontekst dla wydarzeń. Kotlina Kłodzka jest na ekranie najlepszą wersją samej siebie, gdzie sąsiedzi przemieszczają się między swoimi domami na nartach biegowych (pochodzę stamtąd i nie spotkałem się z tym), jednocześnie zachowując swój prawdziwy klimat. Krajobrazy sfotografowane przez Jolantę Dylewską po prostu wzruszają do łez, choć jako człowiek z gór nie próbuję nawet być obiektywny w tej kwestii. Wreszcie, reżyseria. Koncepcyjnie to jeden z najciekawszych obrazów ostatniego roku w naszym kraju. Agnieszka Holland nadaje opowieści cech sielanki, dramatu sensacyjnego, thrillera, wciąż utrzymując akcję w kryminalnych ryzach. Mistrzowsko łączy gatunki, kontrastując chóralną muzykę kościelną, utworem „Moja Krew” zespołu Republika. Praca kamery, kreacje aktorskie, estetyka, rzeczywistość zmienia się kilkukrotnie na przestrzeni filmu, czyniąc go niezmiernie interesującym dla widza.

 

 

Wybór Agnieszki Mandat na główną postać to ryzykowna decyzja. Niemal całkiem zapomniana aktorka, której „pięć minut” może się nigdy nie zacząć, okazała się bardzo interesująca na ekranie. Emocje ukazane wyraziście, jak w teatrze, dają ciekawy efekt, choć postać wydaje się czasem przeforsowana. Największym zaskoczeniem jest wspaniała rola Wiktora Zborowskiego. Zagrany przez niego Matoga jest małomówny i wycofany, a całą swoją złożoną postać buduje twarzą, często wykorzystując środki komiczne. Bohaterowie „źli” to dość ograne w polskim kinie postacie w typie esesmana (Szyc), czy pijaka (Grabowski).        „Pokot” można interpretować jako po prostu piękny film, sztukę korzystającą z twórczej wolności, by zaciekawić, wzbudzić refleksję – i tyle. Rzeczywiście, stawia uniwersalne pytania na temat słuszności zemsty, która z pewnych przyczyn nie mieści się w naszym kodeksie moralnym. Zemsta jest uniesiona tutaj do wielkiego czynu, aktu odwagi a nie słabości, co wydaje się szokujące.

 

Można jednak rozumieć film jako próbę obrony radykalnego poglądu, mało przekonujący i wzbudzający irytację apel o wegetarianizm i nadanie zwierzętom praw człowieka. Przykro mi, że piszę takie słowa na temat „Pokotu”, bo sam uważam siebie za miłośnika zwierząt (nie jem mięsa od dziecka), ale nawet dla mnie zabijanie myśliwych i palenie kościołów to jednak zbyt wiele.

 

Łukasz Krystowski

 

Zdjęcie nr 1: https://www.google.co.uk/search?as_st=y&tbm=isch&hl=pl&as_q=pokot+holland&as_epq=&as_oq=&as_eq=&cr=&as_sitesearch=&safe=active&tbs=sur:fmc#imgrc=-jDWsNNdFMfqGM:

 

Zdjęcie nr 2: https://www.google.co.uk/search?as_st=y&tbm=isch&hl=pl&as_q=forest+in+mountain&as_epq=&as_oq=&as_eq=&cr=&as_sitesearch=&safe=active&tbs=sur:fmc#imgrc=3hV7PYBFYE5EIM: