Ciesz się Narodzie, masz nowego Wieszcza! Wpisanie Wojciecha Wencla do podręczników oraz przyznana mu parę miesięcy temu nagroda stanowią próbę uczynienia z niego naszego nowego narodowego poety. I choć wiele tuszu już zużyto w odpowiedzi na tę sytuację, pragnę dodać i moje trzy grosze, jako młody obywatel ojczyzny mej umiłowanej. Powiem więcej: już po nagrodzeniu Wencla przez władze państwowe wystosowałem dość ostry artykuł, lecz wstrzymałem się z jego publikacją uznając, iż lepiej może wstrzymać wodze i poczekać na rozwój sytuacji. Pojawienie się tego nazwiska w kanonie lektur obowiązkowych potwierdza jednak moje obawy – martyrologia wkracza na salony naszej kultury.

 

 

Urodzony 16 lutego roku pańskiego 1972, poeta, eseista i felietonista, otrzymał na początku tego roku z rąk Prezydenta RP Andrzeja Dudy nagrodę „Zasłużony dla Polszczyzny”. „[Wiersze Wojciecha Wencla] są często ciężkie, trudne (…) ale dotykają spraw niezwykle ważnych, takich, które czasem bolą, dotykają elementów naszej historii, naszej natury, naszych korzeni” – uzasadniał Pan Prezydent. Nie powiedziałbym tak: wiersze Wencla nie tyle dotykają naszej historii, co są raczej w niej zanurzone, a nawet nie bardzo pragną się z niej wynurzać: sam Autor w udzielonym Polskiemu Radiu wywiadzie przyznaje, że „[jego] wkład w język poetycki polega na odbudowywaniu ciągłości pomiędzy dawną poezją a współczesną” – czyli na wypełnianiu luki, jaka zaistniała rzekomo w naszej rodzimej kulturze. Sęk w tym, że spoglądający tym samym ciągle wstecz poeta nie zauważa świata: próbuje jedynie tkać z odwołań do przeszłości naszą opowieść narodową, wionącą mitem, oderwaną od współczesności. Czyniąc to, odwołuje się do kanonu podniosłych metafor i bogoojczyźnianych haseł, z których jedna tylko wyłania się polszczyzna: polszczyzna grafomana.

 

Jakkolwiek by nie patrzeć, Polska jest dziś krajem wolnym, niepodległym, czyli takim, w którym rządzą Polacy. I nie kąpie się już od jakiegoś czasu w żadnej krwi męczeńskiej.

 

Jakkolwiek by nie patrzeć, Polska jest dziś krajem wolnym, niepodległym, czyli takim, w którym rządzą Polacy. I nie kąpie się już od jakiegoś czasu w żadnej krwi męczeńskiej. Pan Wencel buduje jednak obraz Polski jako „wieży z kości poległych”, zaś z braku laku sięga do najnowszej narodowej tragedii: do Katastrofy Smoleńskiej. „Już dosyć – zamknij oczy zmęczone od ognia/ i w pożarze historii pozostaw nas samych (…) żywą tkanką nabrzmiewa w wotywnej kaplicy/ ikona polskiej duszy – Madonna Smoleńska” – pisze. Tragizm owej katastrofy nie powinien być tematem żartów, ale nie powinien tak samo stawać się podstawą kolejnego narodowego mitu, pełnej bólu i łez wizji przeszłości. Niestety – z twórczości Wojciecha Wencla, lubiącej patetyczne zwroty, wyłania się tego rodzaju mit, a raczej zlepek kulturowych stereotypów. W wierszu In hora mortis poeta powiada:

 

 

                 „ścieżka wiedzie przez grób Pański – nie ma innej drogi

                  trzeba się owinąć w całun biały i czerwony

                  gdy przestaną nas hartować strzałem w potylicę

                  samoloty będą spadać za lub przed lotniskiem”

 

 

Cóż, połączenie symbolu państwowej flagi z obrazami chrystusowej Pasji, odwołanie do masowych rozstrzeliwań, które dotyczą jednak „nas”, czyli wszystkich Polaków, autora i czytelnika również, wreszcie, profetyczna wizja przyszłości złożonej z katastrof lotniczych, to wszystko ułożone w trocheiczny rytm… Czy takiej poezji łaknie współczesna Polska? I czy na to rzeczywiście zasługuje polszczyzna? Czy na tych wersach Polacy chcą budować wspólnotę?

 

 

Nie jestem jedynym, który zadaje sobie to pytanie: jeśli chodzi o przyznanie poecie prestiżowej nagrody, votum separatum zgłosili członkowie Rady Języka Polskiego, pisząc: „nie udało nam się znaleźć wypowiedzi kandydata, które dotyczyłyby języka, które popularyzowałyby wiedzę o polszczyźnie, które wskazywałyby na rolę języka w życiu społeczeństwa. Znaleźliśmy za to bardzo zaangażowane politycznie teksty publicystyczne, które zaprzeczają idei etyki słowa: użyty w nich język zamiast łączyć, dzieli, jest nacechowany pogardą wobec osób myślących inaczej niż autor.” Chodziło im zatem głównie o działalność publicystyczną laureata, a wśród osób podpisanych widnieją nazwiska profesorów Jerzego Bralczyka czy Jadwigi Puzyniny.

 

 

Wpisanie poety na listę lektur wywołało dużo większą burzę niż przyznana mu nagroda i w wielu środowiskach, również prawicowych, pojawiają się głosy sprzeciwu. Jak słusznie zauważa na łamach „Do Rzeczy” Andrzej Horubała, „uczniowie liceum zapoznają się z erupcją smoleńsko-martyrologicznej weny i będą czytali programowe strofy o tym, że >>im bardziej bezsensowny twój zgon się wydaje / tym gorętsze składaj dzięki że jesteś Polakiem<< (…) Zapewniani będą maturzyści, że to, co wypisuje Wencel, to nie jest parodia. Że on tak serio. I że w parafrazie narodowego hymnu, jaką przyrządził poeta, nie należy doszukiwać się ironii: >>Jeszcze Polska nie zginęła póki my giniemy<<”.

 

Wpisanie poety na listę lektur wywołało dużo większą burzę niż przyznana mu nagroda i w wielu środowiskach, również prawicowych, pojawiają się głosy sprzeciwu.

 

Pojawiły się też głosy broniące Wencla, a również pogląd, iż choć jego poezja nie jest być może najwyższych lotów, to przynajmniej może stanowić zalążek ciekawej dyskusji na temat polskości. Cóż, trudno mi przyjąć ten ostatni argument: do dyskusji na temat polskości wystarczą bowiem wiersze Miłosza i Herberta, a nawet niezmiernie ciekawa korespondencja obu autorów. Utwory Wencla wcale nie są do tego konieczne. Wyżej cytowana poezja nie wydaje się bowiem ponadczasowa, cechuje ją wtórność i, by sparafrazować słowa Prezydenta, nie dotyka ona spraw które bolą, a po prostu boli. Tym bardziej zastanawia to, jak bardzo uhonorowany jest poeta.

 

Ale nie tylko poezji polskiej Wojciech Wencel robi niedźwiedzią przysługę: robi ją również polskiemu patriotyzmowi. Jaka wizja polskiego patrioty wyłania się bowiem z tych wierszy? Bolejącego nad przeszłością, chorującego na nadmiar pamięci, niepotrafiącego sobie z nią poradzić. Polsce zaś potrzebny jest patriotyzm nowoczesny, zwrócony ku przyszłości i jej wyzwaniom, krzewiący tradycję na potrzebę wspólnoty i jej kultury, ale w sposób mądry i krytycznie myślący, a nie patetycznie nostalgiczny i umysłowo byle jaki. W czołowym swoim wierszu z tomu Epigonia sam poeta pisze:

 

moja muza jest siostrą nicości

mieszka w wieży z kości poległych

wieczorami zapala latarnię

odprowadza wzrokiem okręty

 

to są widma rozbitych statków

które tkwią zatopione w języku

a każdy ma rzeźbę na dziobie:

Leopolis Sarmatia Virtus

 

Chciałoby się rzec, biedna muza. Bo kto z nas chciałby mieszkać w wieży z kości poległych, gapić się na statki z przeszłości z wyrzeźbioną na dziobie Sarmacją? W tych wierszach, pomimo że ich autor ma być potomkiem poetów przeszłości (jak zresztą wskazuje prowokacyjnie tytuł Epigonia) nie widnieje Polska złotopszczoła, którą ktokolwiek z nas chciałby poznać na krańcach bytu. Jest to raczej Polska rozdrapująca rany, zamknięta w zagmatwanych odmętach literackiego kiczu. I jako młody – być może mało reprezentatywny – czytelnik przyznam, że wolałbym, by muza Wencla była siostrą litości… Bo to litości właśnie czytelnikom trzeba!

 

Tymek Skowroński

 

Zdjęcie nr 2: https://www.google.co.uk/search?as_st=y&tbm=isch&hl=pl&as_q=chrystus+pasja&as_epq=&as_oq=&as_eq=&cr=&as_sitesearch=&safe=images&tbs=sur:fmc#imgrc=1yMiBE9vmyUgbM: