Urodziłam się w drugiej połowie lat 90. co oznacza, że we wczesnych latach dzieciństwa miałam niepowtarzalną okazję doświadczyć nieskażonego (zabijającym szare komórki reality show) MTV. Jako, że była to epoka blond księżniczki popu czyli B. Spears, amazonki tańca brzucha-Shakiry, oraz eks-chłopca boysbandu -Justina Timberlake’a, ich zapamiętałam najbardziej. Jako nieopierzony jeszcze adept sztuk telewizyjnych karmiłam się półnagimi tancerkami 50 centa, biodrami Beyonce i kontrowersjami Madonny. Wszystko w mieszance z kultowymi kreskówkami Cartoon Network.  Niezależnie, jakie pranie mózgu sobie fundowałam oraz czy (a miejmy nadzieję, że nie) ukształtowało to mój gust muzyczny, to z pewnością wpłynęło na zainteresowanie gatunkiem jakim jest teledysk.

I, im dłużej je oglądam tym bardziej wiem, że to nie tylko prezentacja piosenki, a reżyserię trzeba oddzielić od muzyki (bądź jazgotu), który promuje.

 

 

Teledysk – reklama

 

Moje kilkunastoletnie, bądź co bądź, doświadczenie z MTV nauczyło mnie odróżniać różne typy teledysków. I tak, jednym z nich są najczęściej spotykane teledyski-reklamy. Za przykład może tu posłużyć ostatnio nader popularna Taylor Swift, wraz z jej nowym, wywołującym szał wśród portali plotkarskich, utworem. W czasie niespełna czterech minut ma na sobie z dziesięć różnych stylizacji, a każda opiera się na prostej scence rodzajowej w jakiś sposób odnoszącej się do popkultury. Zadaniem tutaj nie jest przecież pokazać jak wygląda najbardziej obfotografowana celebrytka ostatniego dziesięciolecia. Chodzi o to, by wpisać się w obecne trendy, zrobić reklamę, mniej lub bardziej zafundować pracę portalom plotkarskim, nabić oglądalność na YouTubie, a nawet wpłynąć na  świat mody. I niezależnie jak niesamowicie skomercjalizowane jest takie przedsięwzięcie, to szanuję stojący za nim szwadron stylistów, choreografów, grafików, PR-owców i, wyciskających ostatnie poty, montażystów. Wcale nie tak łatwo jest stworzyć coś z niczego.

 

https://www.youtube.com/watch?v=3tmd-ClpJxA

 

Teledysk – koncept

 

Na drugim końcu łańcucha pokarmowego znajdują się, ascetyczne w swej estetyce, teledyski koncepty. W przeciwieństwie do fajerwerków, kosmitów i trzęsień ziemi a la Taylor Swift są one oparte na jednym dominującym pomyśle. Jest on z reguły na tyle błyskotliwy, że mniej więcej w połowie mówimy: “o kurczę, fajne!” i czekamy na równie błyskotliwy koniec. Za przykład mogą nam służyć ostatnie teledyski z Thomem Yorkiem, gdzie przez trzy minuty otwiera drzwi, albo jedzie windą. Tutaj, zamiast wysokiego budżetu i armii stylistów, potrzebna jest jedna porządna głowa reżysera, którą trudno znaleźć i za to doceniam tę twórczość.

 

https://www.youtube.com/watch?v=TTAU7lLDZYU

 

Teledysk – fabuła

 

Gdzieś pośrodku łańcucha  znajduje się w końcu teledysk fabuła, którego królem prekursorem i niedoścignionym ideałem jest był i (jak się tego spodziewam) będzie Michael Jackson ze swoim “Thrillerem”.  Niezależnie od tego, czy całość trwa pół godziny czy tradycyjne pięć minut chodzi o przedstawienie historii. Wszystko jest bardzo filmowe, często wplatane są dialogi, a my nawet przywiązujemy się do postaci. Obecnie nikt nie jest Michaelem Jacksonem i nie pozwala sobie na takie długie eposy fabularne . Często, za to, zdążają się kontynuacje, epilogi czy rozwinięcia historii z poprzedniego kawałka.

 

https://www.youtube.com/watch?v=sOnqjkJTMaA

 

O co chodzi w teledyskach? O wszystko. Nie tylko o muzykę, ale też wpływy, pieniądze, pomysły, film, aktorów, a czasem nawet o sztukę. I niezależnie czy jest to Britney Spears wywijającą biodrami w MTV, czy skupiony, ascetyczny Thom Yorke to warto czasem zatkać (bądź nadstawić) uszy, otworzyć oczy i docenić teledysk.

 

Natalia Kowalczyk