Woodstock – moje spełnione marzenie… Odkąd skończyłam trzynaście lat, bardzo chciałam tam pojechać, i wreszcie, w zeszłym roku, udało się! Był to mój pierwszy Woodstock, straszono, że również ostatni, jako że władzy to nie w smak! Na szczęście, mimo wszystkich przeciwności, festiwal się odbył, a ja pojechałam na niego także i w tym roku!

 

 

Idea Przystanku Woodstock narodziła się w roku 1994, miał być podziękowaniem dla wolontariuszy zbierających pieniądze na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Pierwszy Woodstock odbył się w Czymanowie w 1995 roku, kolejna edycja w Szczecinie, a następne w Żarach. W roku 2004 Woodstock przeniesiono do Kostrzyna nad Odrą i od tamtej pory właśnie tam jest organizowany. Na co dzień niewielka, przygraniczna miejscowość przez kilka dni tętni życiem. Woodstockowicze przyjeżdżają specjalnymi pociągami MusicRegio, i to właśnie w nich, a nawet na dworcach, zaczyna się zabawa.

 

Z uśmiechem wspominam, jak siedem (!) osób ukryło się w toalecie, aby uniknąć kontroli biletów. Po pociągu kręciły się również osoby przebrane w śmieszne stroje. Ktoś wyciągnął gitarę, inni przysiadali się i zaczynali śpiewać. Ktoś częstował piwem, ktoś jeszcze czym innym. Na stacji Łódź Widzew podróżni zaczęli śpiewać legijne przyśpiewki, jednak nie było w tym „kibolskiej” agresji, raczej dużo śmiechu. Ktoś nielegalnie otworzył drzwi, a że pociąg jechał powoli, cieszyliśmy się z chłodnego powiewu wiatru i   wystawialiśmy ręce.

Z uśmiechem wspominam, jak siedem (!) osób ukryło się w toalecie, aby uniknąć kontroli biletów.

Kiedy dotarliśmy już na miejsce, rozbiliśmy namioty przy świetle zachodzącego słońca, a ci, którzy robili to wolniej, przy świetle latarek. Pomagali nam przy tym obozowicze, którzy rozbili się tam już wcześniej.

Kolejnego dnia Woodstock rozpoczął się oficjalnie. Gdy to ogłoszono, rozpoczęły się wiwaty i oklaski. Bawiłam się ze znajomymi na koncercie Mesajaha, gdzie czuć było atmosferę radości i braterstwa.

 

Woodstock to nie tylko koncerty, ale też ciekawe i różnorodne warsztaty, pyszne wegańskie jedzenie z Wioski Kryszny, stoiska z pamiątkami i książkami, nocne kino i poznawanie nowych ludzi. Wszyscy byli do siebie bardzo przyjaźnie nastawieni i nie spotkałam się ani razu z żadnym nieprzyjemnym incydentem. Można było śmiało iść na jakieś wydarzenie samemu, zawsze znalazł się ktoś, z kim można było porozmawiać. A najweselej było, gdy w tłumie spotkało się dawno niewidzianego znajomego czy kogoś, kogo pamięta się z pociągu. Na koncert Nocnego Kochanka poszłam z kumplem, poznaliśmy tam sympatyczną ekipę z Bydgoszczy. Po koncercie wszyscy razem poszliśmy na piwo, rozmawiając, jakbyśmy znali się od dawna. Warto tutaj również dodać, że kupony na piwo odsprzedał nam tego samego dnia rano przypadkowo napotkany woodstockowicz, po bardzo okazyjnej cenie.

 

 

Na Woodstocku można spotkać wielu obcokrajowców, głównie Niemców. W zeszłym roku byli naszymi sąsiadami na polu namiotowym. Do dzisiaj śmieję się na wspomnienie, jak pijąc piwo opowiadaliśmy sobie nawzajem kawały, tłumacząc je mniej lub bardziej zręcznie na angielski. Wychodziły z tego dziwne kombinacje językowe, wywołujące więcej śmiechu niż sam dowcip.

 

W punkcie Play można było naładować telefony, rozdawali tam także kartony ze sznurkami do zawieszania na szyi. Ludzie pisali na nich różne rzeczy, przeważnie „FREE HUGS”, ale niektórzy popisywali się kreatywnością. Ja na przykład napisałam „Zbieram na bilet do San Escobar!”. Oczywiście dla żartu, ale jeden z przechodzących obok mnie uczestników imprezy dał mi dwa złote, zanim zdążyłam mu wyjaśnić, że takie państwo przecież nie istnieje. Takiej pokojowej atmosfery nie ma nigdzie indziej!

Takiej pokojowej atmosfery nie ma nigdzie indziej!

Przed koncertem HEY Jurek Owsiak stwierdził, że barierki i kontrole wprowadzają więcej zamętu niż porządku. Głośno go poparłam, gdyż jest to mój osobisty pogląd od dawna. Uważam, że tratowanie się w kolejce do wejścia jest o wiele bardziej niebezpieczne, niż pogowanie pod sceną. Kiedy w porozumieniu z burmistrzem Kostrzyna usunęli barierki, pod scenę napłynął tłum ludzi, nikt jednak nie wnosił alkoholu (przynajmniej nie pod samą scenę) i się nie przepychał, po prostu było trochę gęściej i więcej osób mogło wejść. Jest to kwestia wzajemnego zaufania- po co zakładać, że każdy jest przestępcą i wnosi bombę w plecaku? Przepisy dotyczące imprez masowych są moim zdaniem chore – pamiętacie kolejki przed Juwenaliami UW?

 

 

Przy okazji rozdałam parę ulotek i broszur Inicjatywy Pracowniczej, opowiadając zainteresowanym o naszym związku zawodowym. Nie spotkałam się z żadną negatywną reakcją. Z resztą bez politycznych akcentów na Woodstocku się nie obyło i nie mówię tu tylko o niefortunnej wypowiedzi na temat posłanki Pawłowicz. Trudno, aby polityki całkowicie unikać, skoro partia rządząca jest bardzo negatywnie nastawiona do tego festiwalu.

 

Oprócz wspaniałych wspomnień i nowych znajomości, po Woodstocku zostało mi poczucie niedosytu. Szczerze żałowałam, że nie mogłam być w kilku miejscach naraz, że nie zobaczyłam wszystkiego, co chciałabym zobaczyć, że nie uczestniczyłam we wszystkich warsztatach i spotkaniach.

 

Podróż powrotna również była przyjemna, ale o wiele spokojniejsza. Mało kto biegał po pociągu i częstował ludzi alkoholem, co niektórzy spali. Nie załapałam się na pociąg o 11, który odjechał przepełniony, więc musiałam czekać na peronie do 13. Nosił wdzięczną nazwę „Kulki mocy”. W naszym pociągu było luźniej. Gdy tylko usiadłam, zasnęłam od razu. Obudziłam się przed Poznaniem. Przejeżdżaliśmy przez Jarocin (żartując sobie, że z jednego festiwalu moglibyśmy wprost trafić na drugi), jednak pociąg nie zatrzymywał się w nim. Na każdej stacji żegnaliśmy się z wysiadającymi słowami „Zaraz będzie ciemno!”, na co pozostali odkrzykiwali „Zamknij się!”.

 

 

Powoli, acz nieubłaganie, zbliżała się Warszawa. Z jednej strony nie chciałam, by ten wspaniały festiwal się kończył, z drugiej strony miałam ochotę na ciepły prysznic i wygodne łóżko.

 

Jeżeli tylko będzie taka możliwość, wrócę na Woodstock za rok. Zgadzam się z opinią, że jest to najpiękniejszy festiwal świata. Mam nadzieję, że mimo wszystkich kłód rzucanych Owsiakowi pod nogi, Orkiestra będzie dalej grała – do końca świata i o jeden dzień dłużej!

 

Joanna Miśkiewicz