Moja przygoda z Państwem Środka rozpoczęła się na długo przedtem, nim odwiedziłam Chiny. Moi przodkowie wywodzą się od generała Chang, który na cesarskim dworze wsławił się wybitnymi umiejętnościami w jeździe konnej. Rodzinna legenda głosi, że zyskał tym uznanie władcy, który na znak wdzięczności nazwał go generałem Mah, co w języku chińskim oznacza konia. Z biegiem lat, jak większość mitów i bajek, które słyszymy w dzieciństwie, także i ta historia przestała być wiarygodna. Jednakże myśl o pokrewieństwie z cesarskim dowódcą pozwalała spełniać dziecięce marzenia o byciu księżniczką.

 

 

Królewskie powiązania nie przetrwały jednak długo. Na przestrzeni lat potomkowie generała Mah przewędrowali od monarszego dworu do Toisan, wioski leżącej na południu Chin. Tam moi krewni wiedli proste życie uprawiając ryż, oszczędzając pieniądze i wychowując dzieci. Toisan, jak większość wiosek w Państwie Środka, pełne jest domów, w których razem mieszka kilka pokoleń. Chińczycy są bardzo zżyci ze swoimi rodzinami – nawet w dzisiejszych czasach, także wśród emigrantów, zupełnie normalne jest to, że kilka pokoleń mieszka pod jednym dachem. Tak też wychowywała się moja mama, której przodkowie wyemigrowali do Kanady w latach 50. Zaczęli oni w Vancouver nowe życie, wraz z którym powstał dom, swego czasu zamieszkiwany przez ponad piętnaście osób z trzech pokoleń! Pradziadek, którego niestety nie miałam okazji poznać, był pogodnym i kochającym mężczyzną. Jako pierwszy opuścił rodzinną wioskę i zaczął pracować przy budowie kolei w Kanadzie, a większość zarobionych pieniędzy wysyłał z powrotem do Chin. Po kilku latach dołączyła do niego żona z dziećmi, w tym mój piętnastoletni dziadek Gong Sen Mah. Ponieważ nie mówił po angielsku, rodzice posłali go do pierwszej klasy. Jednakże ciężka sytuacja rodziny imigrantów oraz fakt, że nastolatek nie mógł odnaleźć się wśród sześciolatków sprawiły, że młody Gong Sen zrezygnował ze szkoły, by pomóc tworzyć rodzinny biznes, a kilka lat później założył rodzinę.

Chińczycy są bardzo zżyci ze swoimi rodzinami – nawet w dzisiejszych czasach, także wśród emigrantów, zupełnie normalne jest to, że kilka pokoleń mieszka pod jednym dachem.

Wszystkie historie, opowiadane mi przez mamę i innych krewnych, zawsze dotyczyły mojego dziadka i pradziadka, którzy w pierwszej połowie XX wieku przybyli do Kanady w poszukiwaniu lepszego życia. W kulturze chińskiej, tak jak w przypadku większości narodów, kolejne pokolenia dziedziczą nazwisko po ojcu. Mimo że w wychowywaniu dzieci czynny udział biorą rodziny obojga rodziców, przejęcie nazwiska od patriarchy skutkuje wyraźniejszą obecnością jego krewnych w rodzinnych opowieściach i przekazywanych mądrościach. Męską dominację wciąż widać w większości chińskich domostw, zarówno w kraju, jak i na obczyźnie. Często, tak jak w przypadku mojej rodziny, nie skutkuje to złym traktowaniem kobiet, ale raczej postrzeganiem ich tak, jakby były jedynie częścią mężczyzny. Przez te wszystkie lata moja babcia występowała w opowieściach jako oddana żona dziadka i kochająca matka szóstki dzieci. Jedyne, czego się o niej dowiedziałam, to jak miała na imię i kiedy zmarła. W tegoroczne wakacje miałam zaszczyt poznać fragment jej historii. Jak się okazało, jej losy są ważne nie tylko dla członków mojej rodziny, ale również dla całej społeczności chińskich emigrantów w zachodniej Kanadzie.

Moi pradziadkowie nie chcieli, by oddalenie od ojczyzny powstrzymało ich syna przed znalezieniem żony. Ich poszukiwania zaowocowały decyzją o ślubie Gong Sen z mieszkającą wciąż w Chinach Shook Kuen.

Shook Kuen Yee urodziła się i wychowała w Chinach. W 1957 roku, gdy miała osiemnaście lat, wyemigrowała na kanadyjskie Zachodnie Wybrzeże, by spełnić swoją życiową powinność – zostać dobrą żoną i matką. Ówczesny chiński obyczaj nakazywał rodzicom mężczyzny wybranie odpowiedniej partnerki i zaaranżowanie małżeństwa. Moi pradziadkowie nie chcieli, by oddalenie od ojczyzny powstrzymało ich syna przed znalezieniem żony. Ich poszukiwania zaowocowały decyzją o ślubie Gong Sen z mieszkającą wciąż w Chinach Shook Kuen. I tak oto moja babcia stała się pierwszą w historii zachodniej Kanady panną młodą na zamówienie (mail-order bride). Według prawa kanadyjskiego pełnoletność osiąga się w wieku dziewiętnastu lat. Aby małżeństwo doszło do skutku, matka Shook Kuen musiała wyrazić zgodę na ślub przed Sądem Najwyższym. XX wiek, a szczególnie lata pięćdziesiąte, były okresem ogromnego napływu imigrantów z Chin na zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych oraz Kanady. Zaczęli oni coraz bardziej wpływać na gospodarkę i kulturę tych krajów. Pierwszy przypadek panny młodej na zamówienie był wówczas niesamowitym wydarzeniem. Z tego powodu zdjęcie ślubne moich dziadków trafiło na stronę tytułową kanadyjskiej gazety „The Province” z nagłówkiem Ich marzenie się spełni.

 

 

Czy dla mojej osiemnastoletniej babci rzeczywiście było to spełnienie marzeń? Swojego narzeczonego znała jedynie ze zdjęć i listów. Trudno mi sobie wyobrazić, co można napisać do osoby, z którą ma się spędzić resztę życia. Co nasuwa się na myśl w momencie, gdy dowiadujesz się, że wyjeżdżasz do obcego kraju, by wyjść za mąż za nieznajomego człowieka? Czy korespondencja była od początku szczera i uczuciowa, czy raczej formalna i sztywna? Czy przyszła panna młoda była pogodzona ze swoim losem, czy może płakała i tupała nogą? Te pytania zostały stłumione w momencie, gdy Shook Kuen dołączyła do rodziny Mah. Jej losy są niezmiernie ważne nie tylko dla moich krewnych i dla mnie, ale także dla wszystkich rodów, w których z pokolenia na pokolenie giną ludzkie historie. Nie pozwólmy więc na to, by ci, którzy w naszej familii noszą inne nazwisko, byli pozbawieni głosu.

 

Ania Gricuk