Pamiętam wakacje 2015 roku, gdy skończyliśmy liceum i piliśmy piwo w naszym ulubionym lokalu, a nasz przyjaciel oznajmił, że nasi wspólni znajomi akurat się zaręczyli.

— Ale tak z pierścionkiem? — zapytałam.

— Nie wiem, ale jutro się z nimi spotykam, więc dam ci znać — obiecał kolega.

Kilka dni później potwierdził, że tak – dziewczyna dostała pierścionek. Miała też wtedy, tak samo jak my, 19 lat. Uznałam to za całkiem zabawne, jeśli nie lekko niepoważne. Prawie dwa lata wcześniej, w drugiej klasie liceum, brałam udział w zaciętej dyskusji na temat tego, co sądzimy o małżeństwie. Chłopak, który powiedział nam o zaręczynach, też brał udział w tej debacie. Stwierdził wtedy, że małżeństwo jest bardzo patriarchalne i że on nigdy się nie ożeni. Spodobała mi się tak stanowcza reakcja i uznałam, że ja również nigdy nie wyjdę za mąż. Od tego czasu głośno śmiałam się z ludzkich marzeń o wielkiej miłości.

 

Źródło:https://www.google.pl/searchas_st=y&tbm=isch&hl=pl&as_q=wedding&as_epq=&as_oq=&as_eq=&cr=&as_sitesearch=&safe=images&tbs=sur:fmc#imgrc=Xv1BbLuJEFC1SM:

 

           Moja niechęć wobec małżeństwa nigdy nie wydawała mi się specjalnie nietypowa. Według raportu Zmiany ekonomiczne i demograficzne wśród osób młodych: 1975-2016 Amerykańskiego Spisu Ludności (US Census Bureau) z kwietnia tego roku, 8 na 10 osób bierze ślub przed 45 urodzinami, podczas gdy w 1975 roku 8 na 10 osób było w związku małżeńskim już przed 30 rokiem życia. Ponad połowa badanych między 18 a 34 rokiem życia uważa, że kwestie małżeństwa i posiadania dzieci nie są dla nich istotne. Raport podkreśla, że przyczyną jest zmiana priorytetów — więcej młodych ludzi poważniej traktuje edukację i decyduje się na zrobienie magisterki i doktoratu. Być może tak zwani millenialsi wolą odłożyć ślub na później i skupić się na przygotowaniach do obrony pracy.

Ponad połowa badanych między 18 a 34 rokiem życia uważa, że kwestie małżeństwa i posiadania dzieci nie są dla nich istotne.

           Rodzice tych młodych ludzi tworzą pokolenie, które przeszło do historii dzięki ilości wziętych rozwodów. Osiągnęły one największą popularność w drugiej połowie XX wieku, a od 1996 roku ich liczba zaczęła spadać. Nie każde rozstanie jest traumą – niektórzy naprawdę dobrze na tym wychodzą. Nie mogę jednak pominąć przypadków, w których główną przyczyną niechęci wobec instytucji małżeństwa jest strach przed powielaniem błędów rodziców. Nasze pokolenie bierze ślub później, liczba rozwodów spada wprost proporcjonalnie do wieku, w którym się owe małżeństwo zawarło, a mimo to nadal istnieje 41% szansy na rozstanie.

 

           Kilka lat temu, przy wielkanocnym stole, dziadek tłumaczył mamie, dlaczego nie podoba mu się to, że wielu młodych ludzi żyje obecnie w konkubinacie. Według niego brak zawarcia związku małżeńskiego wręcz zachęca do rozstania się przy najmniejszej kłótni. Mojej mamie nie spodobało się jego rozumowanie (może dlatego, że to ona wspiera rozwodzące się koleżanki). „Jeżeli ktoś nie chce już być z drugą osobą, to i tak się z nią rozstanie, a papierek z urzędu cywilnego nic tutaj nie zmieni.” Jako ilustrację swojego argumentu przypomniała mu, że dwie z czterech jego córek są po rozwodzie, więc powinien dobrze wiedzieć, że obecnie ślub nie jest wcale gwarancją trwałości związku.

 

Żródło:https://www.google.pl/searchas_st=y&tbm=isch&hl=pl&as_q=talk+at+the+table&as_epq=&as_oq=&as_eq=&cr=&as_sitesearch=&safe=images&tbs=sur:fmc#imgrc=HwHLLynzW62ncM:

 

Stały partner jako chłopak/dziewczyna?

           Pod koniec 2016 roku po raz pierwszy w życiu zaczęłam poważnie (jeśli w ogóle) myśleć o zaręczynach i małżeństwie. Jednym z powodów był mój niesmak do tendencji nazywania partnerów swoim chłopakiem i swoją dziewczyną. Dla mnie brzmi to wyjątkowo infantylnie – trochę jakbym nadal była w gimnazjum, chociaż mój charakter i styl życia bardzo się od tego czasu zmieniły. Dlaczego mam sprowadzać tak ważną dla mnie osobę, z którą mieszkam, dzielę koszty i debatuję na turniejach międzynarodowych, do mojego chłopaka? Po angielsku brzmi to równie źle, ale jest przynajmniej bardziej utwierdzone w post-małżeńskiej kulturze liberalnego Zachodu (swoją drogą, czy przez te 8 lat, gdy Angelina Jolie i Brad Pitt byli razem bez ślubu, mówili o sobie my girlfriend i my boyfriend? Nie wydaje mi się). Alternatywą jest wcześniej już wspomniane określenie konkubin/a, które niestety nie ma dla mnie żadnych pozytywnych konotacji. Szczerze mówiąc, żywię tak wielką niechęć do tych określeń, że wolę już wyjść za mąż w wieku 20 lat i być bardziej narażoną na rozwód, niż przez kolejne lata przedstawiać mojego chłopaka jako mojego chłopaka.

Dlaczego mam sprowadzać tak ważną dla mnie osobę, z którą mieszkam, dzielę koszty i debatuję na turniejach międzynarodowych, do mojego chłopaka?

           Moja 25-letnia znajoma opowiedziała mi kiedyś, że w sytuacjach, które mają miejsce w urzędach, przychodniach, czy szpitalach (czyli wszystkich publicznych miejscach które nie wiążą się z rozrywką), ona i jej chłopak zwracają się do siebie per narzeczony/a. Są ze sobą już sześć lat, mieszkają razem od czterech, lecz zwyczajnie obawiają się, że pielęgniarka albo pani w urzędzie nie potraktują ich poważnie, lub nawet gorzej – zaczną kwestionować trwałość i jakość ich związku. Faktycznie, nastawienie starszych osób wobec młodych par bez ślubu jest często niezbyt tolerancyjne. Nie ma w tym jednak nic dziwnego – dorastali przecież w czasach, kiedy nie było Tindera, beztroskie randkowanie nie było tak popularne, a małżeństwo było nieodłącznym elementem większości heteroseksualnych związków.

 

Skąd te wczesne śluby?

         Amerykański komik Aziz Ansari i socjolog NYU Eric Klinenberg wydali w 2015 roku książkę, w której analizują trendy w związkach i randkowaniu. Badając sytuacje osób po 80. roku życia dowiedzieli się, że jednym z głównych powodów, dla których współcześni emeryci tak wcześnie brali ślub, była chęć usamodzielnienia się i bycia traktowanym na poważnie. Małżeństwo było najlepszą (jeśli nie jedyną) okazją, by wyprowadzić się od rodziców i doświadczyć młodzieńczej wolności – czy to w późnych powrotach z potańcówki, czy w podejmowaniu ważnych życiowych decyzji. Niemniej jednak, mąż był mężem. Wcześniej był chłopakiem przez może dwa miesiące (jak w przypadku moich dziadków). Jeśli był chłopakiem przez dłuższy czas znaczyło to, że coś jest nie tak (czyli, że ktoś tu nie traktuje związku dość poważnie, albo nie widzi w nim przyszłości). Swoją drogą, jak już wcześniej wspominałam, chłopak nie wydaje się słowem na tyle poważnym, by budzić szacunek każdej babci, a w szczególności mojej.

 

Źródło:https://www.google.pl/searchas_st=y&tbm=isch&hl=pl&as_q=couples&as_epq=&as_oq=&as_eq=&cr=&as_sitesearch=&safe=images&tbs=sur:fmc#imgrc=EvXzlqNCIJ9jvM:

 

           Wokół nas obraca się tyle osób w nieślubnych związkach, że jestem wręcz zawiedziona tym, że społeczeństwo nadal nie wymyśliło nowego określenia. Według wspomnianego wyżej raportu Amerykańskiego Spisu Ludności, młodzi ludzie wcale nie odkładają na później romantycznych związków i mieszkania razem. „Nie tylko mieszkają ze sobą bez małżeństwa, lecz robią to w tym samym wieku, co wcześniejsze pokolenia, gdy brały ślub. Od lat 80-tych wiek, w którym ludzie zaczynają swój pierwszy korezydencyjny związek oscyluje w okolicach 22 roku życia, podczas gdy w tym samym okresie średni wiek kobiet zawierających małżeństwo wzrósł z 22 do 27 roku życia”.

 

         Można uznać, że decyzja o życiu razem bez małżeństwa nie jest obecnie aż tak zdumiewająca. Niestety, dawniejsze uprzedzenie wobec starych kawalerów i panien zostało przewrócone do góry nogami – obecnie konsternację wywołują młode pary, które szybko decydują się na ślub. Po co wam ten ślub? Nie lepiej wyjść do klubu? To wasza religia wam tak każe się młodo żenić? Rodzice wam opłacili wesele? Warto pamiętać, że każdy dojrzewa (nie tylko do ślubu) w innym tempie — nie ma nic złego w tym, że dwudziestoletni znajomi są zaręczeni, a ty sam, mając trzy dekady na karku, w ogóle nie myślisz o małżeństwie.

 

         Na sam koniec warto podkreślić, że społeczeństwo ma tendencję do mylenia jakości związku z jego długością. Nie rozumiem ludzi gratulujących sobie, że “wytrzymali z małżonką już 25 lat”. Jeśli sprowadzamy związek do wytrzymywania ze sobą, to chyba nie ma czego gratulować – nieważne czy chodzi o pięć, dziesięć, czy pięćdziesiąt lat.

 

Sabina Weston

[1] wg US Census Bureau.

[2] Zmiany ekonomiczne i demograficzne wśród osób młodych: 1975-2016 Amerykańskiego Spisu Ludności (US Census Bureau)