Planując ten tekst w połowie lipca myślałem, że przyjdzie mi pisać o tym, dlaczego protesty w sprawach związanych z sądownictwem nie przynoszą skutków, za to Czarny Protest w kilka dni sprawił, że projekt Ordo Iuris został dosłownie zduszony w zarodku. Nie przewidziałem tego, że Pan Prezydent wykręci numer dosłownie wszystkim i zagra klasycznego Lecha Wałęsę, oznajmiając: “…powinna być lewa noga i prawa noga. A ja będę pośrodku”. Po kilku dniach potrzebnych na przetrawienie aktualnej sytuacji, doszedłem do wniosku, że będę musiał napisać o czymś innym, co wywołuje we mnie smutek głębszy, niż przepaść dzieląca obecny rząd i opozycję (tym razem pomijając Kukizowców). Jest to stan mechanizmów działania naszego państwa, szczególnie na najwyższych szczeblach.

 

Źródło: https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/e/eb/20070907_sejm_rp_100B5000.jpg/1280px-20070907_sejm_rp_100B5000.jpg

 

Lipcowy kryzys sądowy

Lipcowy kryzys sądowy pokazał, że ani strona rządząca, ani opozycja nie zachowują się na tyle poważnie, na ile zobowiązuje ich tradycja polskiego parlamentaryzmu, i przynależność nie tylko do kultury Europy, ale również naprawdę imponującego tworu politycznego, którym jest Unia Europejska. Początek tego miesiąca, czyli następne taśmy prawdy i wzajemne uszczypliwości między Kancelarią Prezydenta i Ministerstwem Obrony Narodowej dopełniają obraz Polski, w której od pewnego poziomu każdy polityk przekonany jest o swojej wielkości i absolutnym braku potrzeby działania w grupie, czy przynajmniej wzajemnych konsultacji. Cierpią na tym, naturalnie, wyborcy, ale również sami politycy, którzy, gdy przychodzi co do czego, dwoją się i troją wymyślając zaawansowane strategie wyborcze, a niskie poparcie w sondażach gotowi są zrzucić na wszystko, tylko nie na swoją ignorancję. A przecież to naprawdę nie jest aż takie trudne, bo dobra “komunikatywność” to ten punkt CV, którego ze względu na oczywistość nie powinno się wspominać.

 

Lipcowy kryzys sądowy pokazał, że ani strona rządząca, ani opozycja nie zachowują się na tyle poważnie, na ile zobowiązuje ich tradycja polskiego parlamentaryzmu

 

Wypominając błędy strony rządzącej bez wchodzenia w detale, trudno jest uwierzyć, że ustawy sądownicze były tak źle przygotowane. Prawo i Sprawiedliwość przypisało sprawie sądownictwa priorytet i ewidentnie widać to po zaangażowaniu w reformy Trybunału Konstytucyjnego i Sądu Najwyższego. Ale najwidoczniej jest to priorytet pozorny, bo mając prawdopodobnie największe zaplecze polityczne w Polsce, któremu może dorównywać co najwyżej Platforma (chociaż jest to wątpliwe), napisanie składnej i zgodnej ustawy wydaje się przeszkodą nie do pokonania. Osiem lat w opozycji i dwa lata rządzenia to niewystarczający czas, żeby projekt ustawy pozbawiony był nawet błędów logicznych i interpunkcyjnych. Ustawa była głosowana w lipcu, w sezonie ogórkowym, i chociaż opozycja zgłosiła imponujące tysiąc kilka poprawek, to nikt nie kazał przepychać projektu na łeb na szyję i ryzykować sytuacją, w której Senat dostał projekt inny, niż przyjął go Sejm. Dodatkowym, równie niezrozumiałym posunięciem, jest kompletne pominięcie Prezydenta w procesie przygotowywania ustawy. Chociaż była ona autorstwa Ministerstwa Sprawiedliwości, to po pierwsze, dotyczy na tyle ważnej sprawy, że Prezydent (szczególnie pochodzący z tego samego obozu) powinien być uwzględniony w procesie twórczym, a przynajmniej poinformowany wcześniej o tym, jaką ustawę przyjdzie mu wyegzekwować. Po drugie, aktualny Prezydent jest doktorem prawa i sam miał z nim trochę doświadczenia, więc już przez sam szacunek nie powinien być patronizowany przez sekretarza stanu Patryka Jakiego, który nawet z wykształcenia prawnikiem nie jest. Podzielenie się projektem czy kilka spotkań nie powinno być zatem niczym niezwykłym wśród topowych polityków opcji rządzącej.

 

Żródło: https://c1.staticflickr.com/8/7398/9807085636_afbac78724_b.jpg

 

Błędy opozycji

Sytuacja wcale nie jest lepsza w kręgach opozycji (o tyle lepsza, że czysto teoretycznie od władzy wymaga się większej zgody i decyzyjności), która zdaje się walić głową w mur. Protesty spontaniczne, zorganizowane, duże, małe, zjednoczone, indywidualne – to wszystko pojawia się przy okazji każdej kontrowersyjnej ustawy. Skuteczność tych protestów jest co najmniej dyskusyjna, natomiast poparcie dla opozycji nie może przebić się przez szklany sufit, na którym siedzi partia rządząca, wychodząca obronną ręką z każdej cięższej sytuacji. Coś, czego opozycja nie może zrozumieć, a co powinna po Czarnym Proteście, to fakt, że Polacy nie wywrą na rządzie druzgocącej presji w sprawach, które są zbyt skomplikowane dla przeciętnego obywatela. Projekt ustawy aborcyjnej miał oczywiste implikacje, których nie trzeba było specjalnie tłumaczyć (chociaż i tam pojawiło się małe zamieszanie), a sprawa była na tyle dotkliwa, że protest ten był najefektywniejszym protestem od wyborów w 2015 roku.

 

Coś, czego opozycja nie może zrozumieć, a co powinna po Czarnym Proteście, to fakt, że Polacy nie wywrą na rządzie druzgocącej presji w sprawach, które są zbyt skomplikowane dla przeciętnego obywatela.

 

Sprawa Sądu Najwyższego była znacznie, znacznie bardziej skomplikowana i bez solidnej wiedzy o polskim systemie prawnym i jego obecnym stanie trudno cokolwiek z niej wyciągnąć. Dość powiedzieć, że informacja o strukturze czy liczbie sędziów SN to wiedza branżowa, nie powszechna. Platforma Obywatelska, z całym swoim zapleczem, mogła przez 3 tygodnie ustawić namiociki, portale internetowe i inne proste formy komunikacji po to, aby przybliżyć Polakom problemy słynnych 3 ustaw i wytłumaczyć, na czym polega problem (chciałbym tu zaznaczyć, że już po całej sprawie PO podjęła doskonałą decyzję o wizytach nad morzem i na Przystanku Woodstock). Próbując podnieść się po ostatniej porażce i odcięciu od codziennego życia społeczeństwa, Platforma, ale również Nowoczesna, powinny czym prędzej wyjść do ludzi z prostym, pozytywnym przekazem. Jednak zamiast robić to w momencie największych emocji, opozycja szybko adaptuje puste hasła i ślepo biegnie ze swoim przekazem, nie mogąc za nic skapitalizować błędów PiSu.

 

Źródło: https://www.google.pl/search?as_st=y&tbm=isch&hl=pl&as_q=protests&as_epq=&as_oq=&as_eq=&cr=&as_sitesearch=&safe=images&tbs=sur:fmc#imgrc=-vQE1_NLZXlpEM:

 

Zero nauki z własnych porażek

Wydawałoby się, że zarówno strona rządząca, jak i opozycja, doznały lipcowego ocucenia, ale najwyraźniej tradycji stało się zadość i nikt nie zamierza uczyć się na własnych błędach. W kręgach rządzących wybuchła zimna wojna między Prezydentem i Ministrem Obrony, spowodowana – naturalnie – brakiem komunikacji i wzajemnymi prztyczkami w nos. Opozycję wybiły z rytmu kolejne taśmy, tym razem bezpośrednio podważające autorytet obecnego szefa Platformy Obywatelskiej, Grzegorza Schetyny. Platforma nie do końca jest winna złej sytuacji – w końcu sama nie publikuje tych taśm – ale wydawałoby się, że po tylu nieprzyjemnych rewelacjach, sprawa wewnętrznych sporów będzie wyjaśniona. Radosław Sikorski wiedział, o czym kiedyś rozmawiał na niebezpiecznym terenie. Widząc kolejne odsłony afery, mógł powiedzieć chociażby samemu Grzegorzowi Schetynie, że zdarzyło mu się powiedzieć coś, czego nie powinien był mówić, że przeprasza, i że w obecnej sytuacji trzeba sobie wybaczyć i spróbować wygrać kolejne wybory. Nie byłaby to najbardziej komfortowa sytuacja, ale w polityce zazwyczaj cel uświęca środki i lepiej zacisnąć zęby w imię większego zwycięstwa, niż trzymać brudy za plecami.

 

Wydawałoby się, że zarówno strona rządząca, jak i opozycja, doznały lipcowego ocucenia, ale najwyraźniej tradycji stało się zadość i nikt nie zamierza uczyć się na własnych błędach.

 

Temat można by ciągnąć dalej i podawać kolejne przykłady na to, że PiS nagminnie ignoruje konsultacje społeczne, a opozycja, obserwując swoją niemoc, mogłaby pomyśleć o wspólnym froncie przeciwko obecnemu rządowi. Nowoczesna nie jest na tyle daleko od Platformy, żeby nie móc dojść do porozumienia w kilku kluczowych kwestiach. Znalazłoby się tu pole do dalszych rozważań, jednakże nie ma to sensu, bo konkluzja nadal jest taka sama – politycy w Polsce nie lubią rozmawiać, ani z wyborcami, ani z partyjnymi kolegami. Najlepiej wychodzą im kłótnie w telewizji, gdzie mogą wyrzucić w przeciwnika kilka niemerytorycznych argumentów i poczuć się moralnym zwycięzcą. Włożenie wysiłku we współpracę polityczną i społeczną bez dwóch zdań wyszłoby na dobre i opozycji, i rządzącym. Ta strona, która pierwsza zauważy okazję, będzie mogła być spokojna o trwałe i skuteczne rządy przez następne 20 lat, z poparciem znacznie większym niż to, które dzisiaj daje Prawu i Sprawiedliwości większość kwalifikowaną.

 

Bartosz Pawłowski