Jak zostałem prawnukiem Pani Halinki

Panią Halinkę poznałem w ośrodku opieki dla starszych ludzi, do którego trafiła moja chora na Alzheimera babcia. Obie trafiły do tego samego, czteroosobowego pokoju. Poza nimi leży w nim pani generałowa, z którą żadnego kontaktu już nie ma. Podobno kiedyś codziennie odwiedzał ją pan generał, ale odkąd zachorował nie miała gości. Kiedy do ośrodka trafiła moja babcia, czwarte łóżko było wolne, pani która je zajmowała umarła kilka dni wcześniej.

„Dlaczego Pan się tak nerwowo przechadza?” – to były pierwsze słowa, które usłyszałem od Pani Halinki. Ruch mnie uspokaja, dlatego chodziłem po pokoju wte i wewte gdy pierwszy raz z mamą odwiedzaliśmy babcię. Pani Halinka wodziła za mną swoimi dużymi, bystrymi oczami. Ze swoim lekko ironicznym uśmiechem świadczącym o znacznej sprawności mózgu, nie pasowała do panującego w ośrodku otępienia związanego z mocno postępującym Alzheimerem – u pacjentów i małą ilością zwojów w mózgu – u personelu. Spiczasty nos i lekko odstające uszy sprawiały, że przywodziła na myśl małego chochlika. Zarys jej niedużego, zapewne skurczonego wiekiem, ciała przypominał kokon spoczywający na liściastym łóżku. Niestety żaden, przynajmniej cielesny, motyl się już z niego nie wykluje. Kiedyś musiała być drobną, ładną blondynką ale nie potrafię jej sobie wyobrazić kiedy miała 20 lat. Pierwsze wrażenie musiałem zrobić na niej jako znerwicowany wyrostek.

Przez następne tygodnie odwiedzając babcię, z którą niestety nie da się już porozmawiać, ucinałem miłe pogawędki z Panią Halinką. Zakumplowaliśmy się. Do tego stopnia mnie polubiła, że gdy miała możliwość przeniesienia się do wygodniejszego pokoju odmówiła, by nie tracić kontaktu ze mną i moją mamą. Dowiedziałem się o niej wielu rzeczy. Urodziła się, studiowała i pracowała w Łodzi. Ukończyła ekonomię ze specjalizacją statystyka na łódzkiej filii SGH. Przez 16 lat pracowała dla Społem, będąc odpowiedzialną za szkolenia zawodowe. Choć prawie całe życie spędziła w Łodzi to twierdzi, że nie lubi tego miasta. Jest w nim mało zieleni, a poza tym uważa, że krzyżowanie się kultur: polskiej, niemieckiej, rosyjskiej i żydowskiej nie wyszło mu na dobre. Gdy wspomniałem o „Ziemi Obiecanej” Wajdy pobłażliwie się uśmiechnęła i określiła film jako „okraszony masełkiem”. Pani Halinka nie ma dzieci, nigdy nie wyszła za mąż. Nie ma rodzeństwa. Z dalszą rodziną nie utrzymuje kontaktu. Jedyny epizod z nią związany wyglądał następująco: pewnego dnia zadzwonił do niej kuzyn, wysoko postawiony wojskowy. Pierwsze o co zapytał, to co stało się z jej mieszkaniem po tym jak trafiła do ośrodka.

Staruszka nie ukrywa, że doskwiera jej samotność. Dlatego jest szczęśliwa, że przez zbieg okoliczności poznała mnie i może czasem ze mną porozmawiać.

Neon_sign_Łódź_Fabryczna_train_station

Zdarzyło mi się dyskutować z Panią Halinką o literaturze. Zaczęło się od tego, że powiedziałem jej o mojej sympatii do Miłosza, na co rezolutna staruszka teatralnie się skrzywiła. Pani Halinka jest wielką patriotką. Nie deprecjonując walorów artystycznych dzieł naszego noblisty, nie może mu wybaczyć, że w żadnym ze swoich utworów nie dał dowodu miłości do Polski. Podobne zarzuty ma wobec Szymborskiej (nawiasem mówiąc Panie są do siebie podobne). Pani Halinka uważa, że obowiązkiem każdego artysty jest pokazać choć w jednym utworze przywiązanie do ojczyzny. Jej ideałem pisarza jest Żeromski. Miło nam się dyskutowało, bo w końcu z mądrym człowiekiem to i pogadać ciekawie. Dowiedziałem się, że Pani Halinka patriotyzm wyniosła z domu. Jej średnio wykształcona mama była gorliwą wyznawczynią idei narodu polskiego. Moja starsza przyjaciółka z uroczym uśmiechem przyznała, że może w swoim patriotyzmie jest trochę fanatyczna, ale w wieku niespełna dziewięćdziesiąt lat nie ma już ochoty tego zmieniać.

Naszą rozmowę przerwało wejście do pokoju siostry zakonnej z przyjaciółką. Nie wspomniałem, że ośrodek prowadzony jest przez siostry zakonne. Pani Halinka, będąc w dobrym humorze zapytała siostrę, czy ma pomysł dlaczego ona – Pani Halinka – nie mogłaby wstąpić do zakonu choć jest osobą głęboko wierzącą. Zakonnica pokręciła głową i stwierdziła, że chętnie się dowie.

Pierwszy powód – ograniczenie wolności. Pani Halinka nie wyobraża sobie sytuacji, w której chce iść do teatru albo na grzyby, a nie może, bo jest w zakonie. Siostra z przyjaciółką roześmiały się i ze zrozumieniem pokiwały głowami. Przyjaciółka – kobieta po trzydziestce z dużą nadwagą – stwierdziła, że ją również to powstrzymuje przed złożeniem ślubów zakonnych. Siostra zakonna natomiast tylko westchnęła dobrotliwie – „ech, wszyscy tylko tej wolności pragną”.

Drugi powód – tu Pani Halinka zrobiła pauzę, by jej słowa dobrze wybrzmiały – polskie zakony wydają się być zbyt zaściankowe. Siostra z przyjaciółką przestały się śmiać, za to zrobiły miny wyrażające mieszankę zaskoczenia i zupełnej pustki w głowie. Personel traktuje Panią Halinkę z pewną niechęcią.

W końcu nastąpiło nieuniknione. Czwarte łóżko w pokoju zostało zajęte. Nowa podopieczna okazała się sprawiać problemy wychowawcze. Nieustanny dialog, który z ze sobą prowadzi objawia się w ciągłym postękiwaniu. W połączeniu z chrapaniem mojej babci, powstała zabójcza symfonia dla Pani Halinki. Nie miała wyjścia, była zmuszona poprosić o zmianę pokoju. Musiała zaryzykować, że jej nie odnajdę i nasza znajomość nie przetrwa. Gdy pewnego dnia zastałem puste łóżko Pani Halinki, domyślałem się, że przeniesiono ją do innego pokoju. A jednak przeszło mi przez myśl, że może nieoczekiwanie nawiedziła ją śmierć.

Obejmując wzrokiem wszystkie „żywe trupy” leżące na łóżkach, pomyślałem sobie jak parszywy los czeka większość z nas. Współczesny konflikt tragiczny – czy lepiej, by w stosunkowo zdrowym ciele przedwcześnie obumarł mózg (jak u mojej babci), czy na odwrót – w schorowanym ciele urzędował wyjątkowo sprawny mózg (przypadek Pani Halinki). Po prawdzie, nie jest to żaden konflikt. Człowiek zazwyczaj nie wybiera, czy umrze na Alzheimera, czy na raka albo inną cielesną dysfunkcję. Gdyby jednak mógł wybrać, to byłby konflikt nie mniejszy niż ten Antygony. Chyba najlepiej, gdy mózg umiera ramię w ramię z całą resztą.

Zaskoczyła mnie moja mama, która po jednej z wizyt u babci stwierdziła, że gdy kiedyś zauważy u siebie objawy Alzheimera, to będzie wiedziała „co łyknąć”. Mówiła to z charakterystycznym dla siebie spokojem i zdecydowaniem. Smutno słucha się własnej matki mówiącej o potencjalnym samobójstwie, z drugiej strony w jej słowach słychać było heroizm.

Przy najbliższej okazji odnalazłem Panią Halinkę. Przeniesiono ją do pokoju obok. Dość długo zastanawiałem się, dlaczego jest starą panną. W końcu przełamałem się i zapytałem. Oczywiście, nie użyłem wyrażenia „stara panna”. Wydawało mi się to trochę niestosowne, gdyż zwyczajowo to mężczyzna zdobywa kobietę. Choć na dobrą sprawę, to kobieta częściej uwodzi mężczyznę, który tylko dopełnia formalności wręczając pierścionek. Jak się okazało, Pani Halinka trzykrotnie odrzucała zaręczyny, ostatnie w wieku 65 lat. Gdy zapytałem ją dlaczego była tak wybredna, trochę się obruszyła i powiedziała, że życie ją do tego zmusiło. Musiała się opiekować dwojgiem przykutych do łóżka rodziców. Nie mogła się wyprowadzić, a bała się przyjąć do domu obcego człowieka. W końcu dwoje przewlekle chorych rodziców to niezbyt obiecujący posag.

Oficjalnie zostałem prawnukiem Pani Halinki w wigilię Bożego Narodzenia. Razem z mamą odwiedziliśmy babcię i przy okazji do niej zajrzałem. Początkowo mnie nie poznała. Już myślałem, że rozłąka ze mną strawiła jej mózg. Po chwili jednak wykrzyknęła: „Ach, to pan. Jak miło, że mnie pan odnalazł!”. To było emocjonujące spotkanie. Staruszka mocniej niż zwykle, odczuwała samotność w tym skrajnie rodzinnym dniu. Życzyła mi dobrych wyników na studiach, zdrowia i przede wszystkim odnalezienia wielkiej miłości. Ze wzruszeniem stwierdziła, że założenie domowego ogniska jest najważniejsze w życiu. Obiecałem, że jak znajdę jakąś wybrankę, to ją przyprowadzę, by oceniła czy się nadaje na żonę. Pani Halinka bardzo się ucieszyła i powiedziała, że to dla niej zaszczyt. Na zakończenie spotkania nadała mi status honorowego prawnuka.

Zastanawiam się, czy uda mi się założyć domowe ognisko. Chyba więcej moich znajomych ma rodziców po rozwodach, niż tworzących szczęśliwe małżeństwa. Moi należą do tej niepokrzepiającej grupy.
Mam przeczucie, że znajomi, których rodzice są w udanych związkach powtórzą ich sukces. Co do pozostałych, mam pewne wątpliwości. Najbardziej boję się o swoją przyszłość. Rozważam, czy poza łysieniem nie odziedziczyłem innego trefnego genu, który kiedyś pokusi mnie, by zostawić swoją żonę. Pomyślę sobie: „Już nie kocham”, życie ma się jedno, więc trzeba zabiegać o szczęście. Pewien dowcipniś powiedział: „Gdy kobieta zostawia mężczyznę, robi to z mądrości, gdy mężczyzna zostawia kobietę, robi to z głupoty.” Zapewne nie jest to żadna reguła, lecz może kryje się w tym ziarno prawdy. Muszę być ostrożny, dając się uwieść przyszłej żonie. Musi być kobietą, do której miłości nie pokona nawet mój „trefny gen” .Na szczęście, mam Panią Halinkę, moją honorową prababcię, która swoim sprawnym okiem pomoże mi podjąć ostateczną decyzję.

Klacz_masci_brazowej

Cieszę się, że Pani Halinka została moją prababcią. Każde pokolenie ma w sobie unikatową mądrość, z której można czerpać. Życie mojej starszej przyjaciółki w dużym stopniu ukształtowane było przez lokalne bądź globalne katastrofy. Druga Wojna Światowa, komunizm, choroba rodziców – przez to nie mogła spełnić wielu swoich marzeń. Obecnie, niewiele do zaoferowania ma jej życie. Jest bardzo szczęśliwa, że może ze mną czasem pogadać, podzielić się swoimi doświadczeniami. Dobrze, że jest osobą głęboko wierzącą. Trzymam kciuki, by gdzieś tam, spełniło się jej ziemskie marzenie – mąż leśniczy, leśniczówka i klacz, która zabierze ją gdziekolwiek będzie sobie życzyć.

27.01.2016

E.M.