Nie będę cytować słów, które padały z moich ust pod adresem pomysłodawcy internetowych rejestracji na przedmioty, gdyż nie licuje to z powagą prasy. Życzę tej osobie, by sama musiała ślęczeć przy laptopie i nerwowo klikać myszką w nadziei, że uda jej się ułożyć jakiś sensowny plan zajęć, a najlepiej, żeby padł jej wtedy internet.

Czym jest USOS? Jest to nieczytelna, niezrozumiała i nieustannie zawieszająca się strona, pełniąca funkcję dziekanatu, sekretariatu, indeksu i zaplecza logistycznego uczelni. Ta śmiesznie brzmiąca nazwa stanowi akronim określenia „Uniwersytecki System Obsługi Studentów”, choć moim zdaniem jest nieadekwatna, bo już lepiej obsługują w supermarkecie. Nazwałabym to raczej „Uniwersyteckim Szajsem Oszukującym Studentów”. Każdy, kto planuje studia na Uniwersytecie Warszawskim, powinien liczyć się z koniecznością użerania się z tym czymś.

USOS polega na tym, że zamiast dostać plan zajęć i wybrać sobie język, którego chcemy się uczyć i rodzaj zajęć WF-u, zapisujemy się na wszystko z osobna i jak gdyby sami układamy sobie plan. Brzmi pięknie? Niestety wcale takie piękne nie jest.

Zacznę od OGUNów, bo to największy absurd. (Co za nazwa! Kojarzy się z ogonem i za przeproszeniem, z g…nem, co w sumie tu pasuje). Są to tak zwane „przedmioty ogólnouniwersyteckie”, których określoną ilość trzeba wyrobić w ciągu roku. Przykładowe ogony to: prawosławie, instrumenty rynku finansowego, brydż sportowy, Nowy Testament w kulturze Bliskiego Wschodu, wstęp do modelowania systemów poznawczych, chór gregoriański.

Bo chyba na studia idzie się po to, żeby studiować wybrany przez siebie kierunek i nie musieć uczyć się niepotrzebnych rzeczy? Niestety, nie. Ktoś wymyślił sobie, że to, co mamy w programie studiów to za mało, i trzeba dołożyć nam jakieś „zapchaj-dziury”. Oczywiście miejsca na ogony związane z naszym kierunkiem studiów rozchodzą się jak świeże bułeczki i nawet klikanie myszką po kilkanaście razy nic tu nie pomoże. W wyniku czego z reguły trafia się na jakiś bardzo dziwny OGUN, którego nazwa nic nam nie mówi, i siedzi jak na katechezie u Terlikowskich. Zajęcia te z reguły olewają zarówno wykładowcy, jak i studenci. No, ale ocena w indeksie (wirtualnym, rzecz jasna) musi być.

WF na studiach był zawsze i nie piszę tych słów bynajmniej po to, żeby negować tę ideę. Natomiast kwestia zapisów na WF to jakiś śmiech na sali. Oszczędzę wam szczegółów, jak to dokładnie wyglądało u mnie. Powiem tylko, że niechcący zapisałam się na zajęcia płatne i w ostatniej chwili się z nich wyrejestrowałam i próbowałam zapisać na co innego. Prowadząca zajęcia odesłała mnie do centrum sportu, stamtąd zostałam odesłana do swojego dziekanatu, pani z dziekanatu odesłała mnie do opiekunki roku, a ta znowuż do centrum sportu. W wyniku tych zawirowań wylądowałam na piłce wodnej. Na Banacha. O 7.30. (A mieszkam na Żoliborzu…)- Bo oczywiście pani z dziekanatu „NIE MOŻE” mnie przepisać. Pewnie, lepiej pić kawę niż pomagać studentom.

usos

Zapisy na języki to kolejny absurd. Może nawet nie tyle same zapisy, co testy umiejętności językowych. Rzecz jasna, przez Internet. (Może i wykłady niech będą internetowe, a co!). Kiedy rozwiązywałam test z angielskiego na moim zawirusowanym laptopie, wyłączyła mi się strona. Dostałam 0 punktów, testu nie da się powtórzyć i do widzenia. Przez to nie mogłam szlifować angielskiego, musiałam znaleźć inny lektorat. Chodzę na włoski, nie żebym była niezadowolona, no, ale tu chodzi o sam fakt. Głupi wirus w laptopie i już nie mam szansy, by chodzić na to, na co chciałam.

I o ile zapisy internetowe na zajęcia fakultatywne da się jeszcze jakoś na upartego uzasadnić, o tyle konieczność sieciowego zapisywania się na zajęcia PROGRAMOWE (czyli obowiązkowe!) woła o pomstę do nieba, a raczej do serwera. Może zabraknąć miejsca na zajęcia, na które TRZEBA chodzić. Nie wspominając już o tym, że wychodzą z tego badziewne plany zajęć-kilkugodzinne okienka, bieganie na uczelnię rano i wieczorem, dziwne OGUNy, niepasujące nam WFy. Pomijając już aspekty techniczne, to przymusowe uczestnictwo w takiej rosyjskiej ruletce nieźle szarpie nerwy. Dzień zapisów na zajęcia, godzina 20.59. Muszę ślęczeć przy laptopie i z napięciem odliczać sekundy, które zostały do początku rejestracji. Może mam ochotę się położyć!? Może mam gości? Albo jestem zaproszona na urodziny!? Nie ma zmiłuj, siedź i się rejestruj. Poza tym, czego uczy się w ten sposób młodzież? Tego, że kto pierwszy, ten lepszy. Wyścig szczurów.

Myślę, że takie rozwiązanie miałoby jaki taki sens w kraju, gdzie wszyscy posiadają taki sam dostęp do nowych technologii i podobne umiejętności cyfrowe. O Polsce na razie nie można tego powiedzieć. Informatyzuje się wszystko na siłę i bezrefleksyjnie, co tylko uwidacznia nierówności społeczne. A w tym wypadku przerzuca się na studentów odpowiedzialność za to, czym powinni się zajmować pracownicy administracyjni uczelni.

Nie spotkałam jeszcze ani jednego studenta, który byłby zadowolony z USOSa, bo to wykluczenie cyfrowe w najczystszej postaci. A jest to przecież problem nie tylko na UW, ale również na innych uczelniach, chociażby na lubelskim UMCSie. Może więc czas na oddolną inicjatywę protestacyjną?…

Joanna Miśkiewicz

07.01.2016