BartusPiekło

 

 

Dosyć długo nie potrafiłem stwierdzić dlaczego podobał mi się „Proces” Franza Kafki i „Czekając na Godota” Samuela Becketta. Surowy język, podejrzanie proste dialogi i, praktycznie, brak akcji wydają się być intelektualnym wyzwaniem dla czytelnika, a nie, zapewniającą chwile uniesienia, sztuką. Można dojść do wniosku, że takie książki czyta się, żeby nawiązać do nich w rozprawce albo zaszpanować oczytaniem w towarzystwie. A jednak, i „Proces” i „Czekając na Godota” podobały mi się tak po prostu. Nie jako filozoficzne traktaty, tylko jako opowiedziane historie. Czytałem je tak, jak się czyta skandynawskie kryminały, dla przyjemności. Nie doszukiwałem się w nich czegoś, co podobno powinno się w nich zobaczyć. Obie książki dostarczyły mi wrażeń estetycznych, nie tylko intelektualnych.

Nie wydaje mi się, że ulegam sugestii typu – „Kafka wielkim prozaikiem był!” albo „Beckett wielkim dramaturgiem był!”. Potrafię stwierdzić, że czegoś nie lubię nawet jeśli w ten sposób narażam się na krytykę typu – „nie podoba Ci się bo nie rozumiesz, a nie rozumiesz bo jesteś za głupi. Dla przykładu, nie porażają mnie muzea sztuki współczesnej, które odwiedziłem. Eksponaty nie wzbudzały we mnie żadnych emocji, choć przed zwiedzaniem byłem pozytywnie nastawiony. I nieważne, jak długo i intensywnie wpatrywałem się w jakąś instalację, po prostu nie widziałem w niej nic szczególnego. Oczywiście, gdy jakiś pan czy pani przewodnik powiedziała mi, co w zamyśle autora, dana instalacja miała przedstawiać, wszystko nabierało sensu. Ale to dopiero siła sugestii! Równie dobrze wagon metra albo łąka mogłyby być muzeami sztuki współczesnej, wystarczyłoby zatrudnić dobrych przewodników.

Franz_Kafka_1917

Chyba zboczyłem z kursu, a nie zamierzam zastanawiać się czy sztuka współczesna jest jedną wielką mistyfikacją. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Tak na poważnie, to po prostu jej nie czuję. Mimo to wierzę, że są ludzie, którym te instalacje naprawdę się podobają. Choć, sądząc po minach innych zwiedzających, których spotkałem, ci „zachwyceni” stanowili mniejszość. Chyba nawet zdecydowaną mniejszość. Ważne, że przynajmniej przewodnicy widzieli w tym wszystkim sens.

Wracając do tematu, książki Kafki i Becketta podobały mi się, mimo że nie zrozumiałem wiele z ich filozoficznego przesłania. Wiadomo, nie postawię znaku równości między twórczością Kafki lub Becketta, a bestsellerowymi kryminałami. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś za 100 lat pamiętał o trylogii Stiega Larssona (może poza jego potomkami), natomiast powieści „Pana z Pragi” i dramaty „Pana z Dublina” przetrwały już swoją próbę czasu. W ich dziełach musi być coś wyjątkowego, coś czego nikt przed nimi nie stworzył i czego nie da się łatwo podrobić. Pod tym względem są jak Coca-Cola, z tą różnicą, że nie każdemu smakują. Innymi słowy, są wyjątkowe. Spróbuję przedstawić co mnie w nich urzekło.

Zarówno Beckett jak i Kafka uderzyli w dość specyficzne tony. Rozłożyli naszą rzeczywistość na czynniki pierwsze i wyrzucili z niej prawie wszystko, zostawiając nagiego człowieka w świecie ogołoconym z zachodów słońca, wiewiórek w parkach, piosenek Radiohead i miłości do drugiego człowieka. Brak w nim pojęć takich jak patriotyzm czy religia. Jest to rzeczywistość pozbawiona drobnych codziennych wzruszeń oraz wielkich idei, którym można się podporządkować nadając życiu sens. Dokonali oni laboratoryjnego eksperymentu destylując nasze otocznie do „najczystszej” formy, umieszczając w nim człowieka i podziwiając jak przygniata go poczucie pustki i bezsensu.

%22Samuel_Beckett%22_by_Javad_Alizadeh

Czytając dzieła tych twórców zobaczyłem świat, w którym nie byłbym w stanie oprzeć się poczuciu wewnętrznej pustki i mógłbym, co najwyżej, powtórzyć słowa bohatera Platformy HouellebecqaNiestety, brak chęci do życia nie wystarcza, by mieć ochotę na śmierć”. Wyrzucając z życia wszystko co przyziemne czy nawet w pewnym stopniu tandetne – kawiarnie, ładne buty, piosenki Franza Ferdinanda; rutynowe – praca, zajęcia na uniwersytecie; pozornie irracjonalne bądź ryzykowne – sztuka, religia, wyidealizowany patriotyzm i miłość, nie byłbym w stanie oprzeć się poczuciu bezsensu. To byłoby porządne piekło.

Wydaje mi się, że to, czego bardzo się boimy, wywołuje u nas sprzeczne reakcje. Z jednej strony chcielibyśmy w ogóle o tym nie myśleć, najlepiej wyrzucić ze swojej świadomości, a z drugiej czujemy przyciąganie. Chcemy oswoić źródło strachu by straciło swoją moc, lecz równocześnie boimy się konfrontacji z nim. I w tym kryje się dla mnie fenomen Kafki i Becketta. Widząc w nich to, czego sam najbardziej się boję chciałem przezwyciężyć ten stan. Lecz czytając ciężko było oprzeć się przygnębieniu. Dlatego za każdym razem, gdy odkładałem powieść Kafki czy dramat Becketta miałem potrzebę by włączyć telewizor, najlepiej na kanale z teledyskami disco polo, by przekonać się: „Ok, życie nie jest takie skomplikowane. Ludzie jakoś żyją i nie dostają obłędu, ja też tak mogę”

Chciałbym teraz podpisać się pod słowami Gombrowicza: „Rewolucja, wojny, kataklizmy – cóż znaczy ta pianka w porównaniu z fundamentalną grozą istnienia”, ale wiem, że nie mogę. Gdybym znalazł się w takiej sytuacji jak np. ludzie na Ukrainie, czy w Syrii, czyli tam gdzie toczy się konflikt zbrojny, szybko bym zatęsknił do „fundamentalnej grozy istnienia”, byleby nie wybuchały wokół mnie bomby. Być może, piekło, które odnalazłem w twórczości Kafki i Becketta jest dla ludzi o pełnym brzuchu, którzy nie muszą każdego dnia drżeć o swoje życie. Zaś pod słowami Gombrowicza może podpisać się tylko człowiek, który przeżył przynajmniej jedną rewolucję, wojnę albo kataklizm i wciąż uważa, że to nie było najbardziej traumatyczne przeżycie w jego życiu.

Jednak moim zdaniem piekło, którego się czasem boję, nie jest jedynie jesiennym Weltschmerzem dopadającym ludzi, którym jest za wygodnie w życiu. Wydaje się, że wciąż rosnąca ilość zachorowań na depresję i inne zaburzenia psychiczne potwierdza moje słowa. Gdy dopada mnie jakiś smutek, to oprócz oglądania teledysków disco polo, lubię iść na długi spacer albo wziąć się za sprzątanie i, w ten sposób, zapomnieć o źródle przygnębienia. Są to środki doraźne, pozwalające wziąć się w garść, ale nie wypełniają pustki, która domaga się celu w życiu. Być może, gdyby wszystkich ludzi z depresją wysłać na wolontariat do Afryki, to byłaby to skuteczna terapia. Kuracjusze widząc, że ich problemy są mocno wydumane w porównaniu z tymi, z którymi borykają się „mieszkańcy trzeciego świata” od razu poczuliby się lepiej. A widząc jak owoc ich pracy służy innym ludziom, czego nie można było powiedzieć o setkach wysyłanych maili, które składały się na ich wcześniejszą karierę zawodową stwierdzaliby, że życie potrafi być piękne. Niestety, raczej nie jest to idealne rozwiązanie, przynajmniej nie dla każdego. Poza tym, że wyjazd do Afryki nie jest tani, to nie wiadomo, czy po powrocie do swoich domów i prac, po jakimś czasie znowu nie potrzebowaliby podobnej kuracji by odzyskać chęć do życia.

tanzania-278361_640

Moje rozważania z poprzedniego akapitu można by sprowadzić do schematu: głodny człowiek ma cel by napełnić swój brzuch. Człowiek, który nigdy głodny nie jest musi znaleźć mniej przyziemny cel w życiu, dlatego zazdrości głodnemu, że ten nie ma tego typu problemów. Z drugiej strony głodny zazdrości najedzonemu, ponieważ pusty żołądek to nic przyjemnego. Błędne koło. Oczywiście, ktoś najedzony może sztucznie rozbudzać w sobie głód pożądając piękniejszego samochodu, piękniejszej żony i piękniejszego zegarka. Jednak w ten sposób leczy objawy, a nie przyczynę swojej pustki. Zamiast poświęcać energię na poszukiwaniu wartości, człowiek pożąda i zachwyca się tym, co na zachwyt nie zasługuje.

W tym miejscu należałoby zapytać co może uczynić życie wartościowym? Czym jest piękno? Co daje szczęście? To pytania tak fundamentalne, że czuję się niezręcznie głośno je formułując. A jednak wydaje mi się, że za rzadko je sobie zadajemy, albo zbyt często szukając odpowiedzi idziemy na łatwiznę. W tym miejscu zakończę swoje rozważania, nie będę się tu głośno zastanawiał nad odpowiedziami, gdyż wtedy musiałbym dopisać do tytułu „…i raj”, a tekst ten chciałem poświęcić jedynie piekłu.

Bartek Gromek